„47”

(…)

ZWIASTUN I PIECZĘĆ

 

0.
na stronę do pianinaCyfry są magią samą w sobie.
Na rzeczywistość mają wpływ czasami jako pojedyncze znaki.
Bywa też, że tworząc liczbę jako wynik dodawania, wyciskają piętno na życiu człowieka.
Bywają błogosławioną wskazówką. Albo przekleństwem…

27 marca 1970 roku umarł mój ojciec (…). Odtąd śmierć nie była już stanem, który mnie nie dotykał. Fakt, kilka lat wcześniej zabrała mi babcię, którą bardzo kochałem, ale ból po jej stracie nie był tak wielki. Miałem tylko sześć lat, a silna grupa wsparcia, czyli mama, tata i brat, wytłumaczyła mi, dlaczego tak się stało. Poza tym, sam wiedziałem, że babcia ma 86 lat i w niedługim czasie – tak czy inaczej – umrze.
Teraz śmierć zabrała mi ojca i ten fakt dotarł do mnie natychmiast. Ból był wielki. Życie nagle zaczęło się zmieniać, a ja doroślałem wbrew swojej woli. Coś, czego nie rozumiałem, przemieniało mnie z zasmarkanego 13-latka, w małoletniego faceta, który sam miał zadbać o siebie (…). Tragizm sytuacji był tym większy, że poprzedził go niefortunny splot zdarzeń.

***

Na wesele do rodziny na wieś przyjechaliśmy z pompą. Nie mogło być inaczej! Tata, jako pięćdziesięciolatek, po wojenno – obozowych przejściach, miał gest i bez względu na stan portfela, nie stronił od ekstrawagancji. Pewnie w sercu nosił żal za straconą w obozach koncentracyjnych młodością i takim stylem bycia chciał powetować sobie krzywdy. Dla młodej pary wieźliśmy prezenty i wałówkę. Ojciec obiecał ryby.

Moich rodziców, jak wszystkich dorosłych, posadzili przy weselnym stole. Orkiestra grała. Ja, z innymi dzieciakami, błąkałem się po domu, bo wyznaczyli nam stolik w kącie sali, ale nikt z nas tam nie chciał siedzieć. Dom znałem dobrze, ale go nie lubiłem. Tu zawsze musiało się coś zdarzyć!

***

Kiedyś, w wielkanocny poniedziałek, jako pięcioletni malec, przebiegałem z sieni do kuchni. Chciałem wodą napełnić sikawkę. Niestety, poślizgnąłem się na mokrej posadzce i runąłem. Tak fatalnie, że lewą rękę po pachę zanurzyłem w kotle z wrzątkiem! Stał tam, bo trzeba było przygotować żarcie dla świń. Jak to na wsi…
Byłem w szoku. Nie mogłem się ruszyć! Zanim odnaleźli mnie zemdlonego, minęło kilkanaście minut! Rękę prawie ugotowałem. Potem ponad miesiąc spędziłem w szpitalu. Miałem przeszczepy. Cierpiałem koszmarne zmiany opatrunku. Przydało się, że tata był rybakiem. Każdego tygodnia, opiekujący się mną lekarz, dostawał cztero, pięciokilogramowego wędzonego łososia. Dziś wiem, że moje leczenie drogo rodzinę kosztowało, ale dzięki temu nie straciłem ręki. Poza tym, doktor zainstalował mi dreny i zamiast cierpieć codzienne zmiany opatrunku, cierpiałem raz na kilka dni. Opiekę miałem więc dobrą, a doktor kazał wołać na siebie „wujku”. Korzystałem z tego, kiedy ktoś inny niż on, a szczególnie ordynator oddziału, chciał dobrać mi się do ręki. Darłem się wtedy wniebogłosy, a „wujek”, choć był daleko, przybiegał i opatrywał mnie osobiście.

***

Ojciec, siedząc przy stole weselnym, nie był zadowolony, że dzieciaki posadzili oddzielnie. Ale ja, nie wiedzieć czemu, nie chciałem przyjść do niego. Nie pamiętam, o co mi chodziło. Uparłem się i już. Nie podszedłem do rodziców, nie przytuliłem się, nie zrobiłem tego, czego chcieli. Szczególnie tego, czego chciał ojciec.

Snując się po domu, dostrzegłem tatę. Tańczył z kuzynką, bo mama tańczyła rzadko. Popisywał się, nie bacząc na to, że przeszedł trzy zawały. Może był zły na mnie. Obserwowałem go zza drzwi, stojąc na korytarzu. Chciałem podejść, żeby go przeprosić, ale niespodziewanie odwrócił się i chwiejnym krokiem – pamiętam to doskonale – ruszył do wyjścia. Patrzył mi w oczy wybałuszonymi oczami i szedł. Chyba chciał coś powiedzieć, ale nie mógł wydusić słowa. Był już blisko, gdy nagle runął bezwładnie na posadzkę.
Usłyszałem plask upadającego ciała i czyjeś krzyki. Schyliłem się do ojca, ale jacyś ludzie mnie odepchnęli! Ktoś chwycił za rękę i odprowadził na bok, próbował czymś zająć, potem odszedł. Zostałem sam. Zrobił się rwetes nie do opisania. Usłyszałem krzyk: „Dzwońcie po karetkę!” Ale jak tu było dzwonić, kiedy jedyny telefon miał sołtys na końcu wsi! Ktoś jednak pobiegł.
Rozkrzyczana kobieta, mówiła, że jest pielęgniarką, wcisnęła nieprzytomnemu ojcu nitroglicerynę pod język. Potem zanieśli go do pokoju i robili sztuczne oddychanie.
Przez jakiś czas nikt się mną nie interesował. Stałem i patrzyłem nieprzytomnie na to, co się dzieje. Długo czekaliśmy na lekarza. Wreszcie dotarł! Ostatni kilometr, od skrzyżowania z drogą główną, brnął przez zaspy pieszo. Śnieg padał przez ostatnie pięć godzin tak intensywnie, że wiochę i drogę do niej zasypał dokładnie. Lekarz przywlókł się przemoknięty. Stwierdził jedynie zgon.
Za śmierć taty winiłem siebie, bo najpierw go zdenerwowałem, a potem nie przeprosiłem. Nie zdążyłem mu niczego powiedzieć! Nie zdążyłem się przytulić.
Usiadłem w kucki w rogu pokoju i próbowałem zrozumieć, co się stało. Nic nie rozumiałem.

Podeszła do mnie szczupła blondynka. Ładnie pachniała. Że była wysoka, zobaczyłem później. Pochyliła się nade mną i coś szeptała. Nie wiem, co. Wiem, że miała aksamitny głos. Dłońmi objęła moją głowę i pocałowała w usta. Najpierw zrobiła to delikatnie, ale później, nasze języki się dotknęły. Momentalnie ciepło napełniło mnie całego. Trwaliśmy tak nie wiem jak długo. Ona ssała mój język i było mi niespodziewanie dobrze.
Tragedia, która wydarzyła się przed chwilą, przestała być ważna. Serce biło mi szybciej i zdawało mi się, że jestem szczęśliwy. Zawstydziłem się, ale chciałem, by ten pocałunek trwał. Ten nieprzyzwoity incydent sprawił, że wymówki za śmierć taty zbladły. Nie jątrzyły rany, która bolała mniej.
Błyskawicznie rozprawiłem się z ignorancją w stosunku do dziewczyn. Ten pocałunek, dotyk rąk, ciepło jej ciała, kazały mi patrzeć na płeć przeciwną inaczej niż robiłem to do tej pory. Jednak zrozumieć tego jeszcze nie umiałem. Z perspektywy czasu, mogę o tym zdarzeniu mówić słowami zrozumiałymi. Wtedy jednak, w mojej głowie panował chaos. W jednej chwili euforia mieszała się ze strachem, radość odpędzał smutek. Usta i język przestały być atrybutem służącym wyłącznie do mówienia i do jedzenia… Namiętność, do tej pory kompletnie mi obca, zawładnęła mną doszczętnie.
Usta nasze rozłączyły się z mlaśnięciem. Niespodziewanie. Ona dłońmi obejmowała moją głowę jeszcze przez chwilę. Patrzyłem w jej oczy z zachwytem mieszającym się ze wstydem i pragnieniem. Serce biło mi mocno. Wtedy uśmiechnęła się subtelnie, wyprostowała, odwróciła i odeszła…
Patrzyłem na nią. Była wysoka i ładna. Znikła tak szybko, jak się pojawiła…

Poscriptum:

Jakie były dalsze losy tajemniczej nieznajomej i co działo się z naszym młodym bohaterem? O tym w mojej powieści „47”

Powieść jest historią Polaka, który urodził się w końcu lat 50. Na jego losy ma wpływ numerologia – przynajmniej on tak twierdzi. Ponieważ od 20. roku życia jest uwikłany w koszmar SM (stwardnienia rozsianego), walczy o godny byt. Kobiety, nieprzypadkowo pojawiające się na jego drodze, stają się osią jego życia. Niewinny – zdawać by się mogło – młodzieńczy pocałunek przeradza się jednak w koszmar i stanowi punkt odniesienia losów bohatera.
Historia opowiedziana przeze mnie jest analizą wartości człowieka obciążonego chorobą, więc pokazuje jego możliwości i siłę, ale też wytyka nikczemność przesiąkniętą egoistycznym rozumieniem życiowych priorytetów. Powieść jest uniwersalna – transgraniczna, ponieważ zawarłem w niej treści z pogranicza zdrowia i choroby, otrzymywania i dawania, miłości i zaborczości, dumy i pychy, zdobywania i utraty. A one dotyczą wszystkich ludzi.
Adresatem mojej powieści są faceci tacy jak ja, czyli mężczyźni mający wątpliwości. Ale nie tylko. Pisałem ją z myślą o problemach damsko męskich nurtujących obie strony, adresuję ją więc do młodych pań wyobrażających sobie, że mogą zmienić partnera, albo do panów którzy wyobrażają sobie, że zmienią lub podporządkują partnerkę. Wybór dobrych lub złych marzeń niosących ze sobą konsekwencje jest też ważną częścią książki.

P.S.
Powieść 47 ukaże się drukiem jesienią 2017r.

Jest to historia Polaka, który urodził się w końcu lat pięćdziesiątych. Na jego losy ma wpływ numerologia – przynajmniej on tak twierdzi. Jako dwudziestolatek uwikłany w koszmar SM (stwardnienia rozsianego) rozpoczyna walkę o godny byt krocząc z podniesioną przyłbicą. Na jego drodze stają kobiety, a ich pojawianie się jest nieprzypadkowe, ponieważ osią, wokół której toczy się życie, jest namaszczone młodzieńczym – traumatycznym pocałunkiem. Ten pierwotnie niewinny całus – zdawać by się mogło – przeradza się w koszmar…

ZENON MISZEWSKI

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *