Nasz przaśny byt

Poddałem się namowom i dzień później w czerwcu 2014 roku, przejeżdżając przez wąską bramę zajechałem na podwórze Gimnazjum w Ustce. Nie myślcie sobie, że chciałem się uczyć. Co to, to nie. Mam już swoje lata. A i na wywiadówkę też nie przyjechałem. To już nie ten etap w życiu.

Stanąłem przed nieokazałym szyldem „Klusek” stołówka.

Wiedziałem, że to stołówka, ale nazwa wydała mi się, delikatnie mówiąc, oryginalna, więc szedłem z nieufnością, choć czytając wizytówkę zapamiętałem napis „zapraszamy na domowe obiady”. Przekroczyłem kałużę burcząc – można by coś z tym zrobić, – ale, co tam. Potem schody, co nie napawało mnie optymizmem, bo zbyt sprawnie nie chodzę. Później, na moje nieszczęście, drugie schody i jeszcze drzwi i … następne schodki.
Sala stołówki duża, potem lada, bemary. Zamówiłem obiad na wynos na cały miesiąc. Dostałem karnet i upust. Zapłaciłem tylko 170zł. i humor wrócił. Miałem za sobą trojaki, więc zostałem prędko obsłużony. Już wychodziłem, kiedy rozległ się dzwonek na przerwę.

W stołówce zaroiło się. Młodzież jak to oni, hałaśliwie nosząc wazy z zupą i talerze z drugim daniem zasiadała za stolikami. Przerwa krótka, więc jeść trzeba prędko. Szklanki z kompotem stojące na dużych tacach znikały migiem, więc panie, co chwilę donosiły. Moja niezgrabność utrudniała mi sforsowanie przejścia do drzwi wyjściowych. Trochę przesadzam, mówiąc, że miałem kłopoty, bo młodzi ludzie byli uprzejmi, jednak odzwyczaiłem się już od szkolnego gwaru. Wreszcie pokonując drzwi, schody i zakręty, wsiadłem do auta i wróciłem do domu. Zasiadłem do obiadu. Okazało się, że porcje są zbyt obfite – to dla dwóch osób – jęknąłem. Dodam, że w moim wieku już tyle jeść się nie powinno! Obiad był bardzo smaczny, więc irytacja tym, co wcześniej mnie spotkało, prysła jak bańka mydlana. Zakłopotanie gwarem stołówki i niewygodą pokonywania przeszkód znikło, gdyż, jakość dań i miła obsługa pokonały dyskomfort.

Stołuję się już ponad pół roku w stołówce „Klusek” w Gimnazjum przy ul. Wróblewskiego 7 prowadzonej przez P.Piotra Zamościka. A zdecydowałem się napisać o tym z prozaicznego powodu. Posiłki są wyśmienite – urozmaicone, doskonale przyprawione i… tanie, co jest niebagatelnym walorem w niebogatej, bo okrojonej z miejsc pracy Ustce. W „Klusku” spotykam wielu znajomych i się nie dziwię. Miła obsługa – P.Justyna i P.Elżbieta, – które poznałem osobiście, oraz cały personel (bez wyjątku) tworzą klimat miłej, ciepłej atmosfery.

Mój felieton, to nie tylko chęć pochwalenia słusznej inicjatywy. Jest to też potrzeba pochylenia się nad problemem, który powstał w pustych i aspołecznych łbach ministrów naszego rządu. Wymyślili sobie, że trzeba by dokopać barom mlecznym i jadłodajniom stosującym przyprawy inne niż sól i pieprz. To znaczy, że wykwintne przyprawy mają być zastrzeżone tylko dla wybranych? I mówią, że to dla naszego dobra. Zadziwiające, jak bezdusznymi metodami posługuje się rząd Rzeczpospolitej zaledwie po dwudziestu pięciu latach jak ich wybraliśmy. Arystokracja podwórkowa, psia krew!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *