kwiecień 2010 007

– Damy radę! Damy radę! – krzyknął Sylwek swym tubalnym głosem i mimo strugami lejącego deszczu, uśmiechnął się. Mocnymi rękami chwycił załadowaną betonem taczkę i ruszył pędem.
Dwaj pomocnicy bez wahania złapali brzegi foli, którą przed chwilą przywiozłem i narzucili na pryzmę betonu. Przed kwadransem dwie „gruszki” wykiprowały na wyznaczony plac dwadzieścia cztery tony betonu, które budowlańcy mięli zwieźć taczkami do wnętrza budynku. A tu znienacka ulewa!

Przywiozłem im folię, bo byli kompletnie nieprzygotowani i deszcz zaskoczył ich dokumentnie! Groźba, że tony betonu spłyną z deszczem mogła stać się faktem!
– Budowanie, to nie jest takie tam, hop siup – mówi moja czteroletnia wnuczka, składając domek z klocków. Przyznaję jej rację bez wahania.
Moja budowa ruszyła półtora miesiąca temu. Wynająłem firmę budowlaną, a jej szef – Krystian ocenił, że cykl budowy zamknie się w czterech miesiącach. Przynajmniej tak zakładał. W jego ocenie budowa nieskomplikowana, więc wyznaczony termin miał być dotrzymany.

Mam na imię Kamil. Rozmowy na temat rozbudowy naszego pensjonatu, to znaczy mojego i żony, bo to ona jest szefową, rozpoczęliśmy w październiku zeszłego roku. Krystian ocenił, że na postawienie budynku i wykończenie go pod klucz będzie potrzebował najwyżej czterech miesięcy – o tym już wspomniałem. Ucieszyliśmy się oboje, że marzenie o skończeniu prac przed sezonem letnim może nam się spełnić. Była szansa na wynajęcie letnikom nowo postawionego budynku. Nasz pensjonat miał się znacznie powiększyć. Z nadzieją na sukces podpisaliśmy umowę z budowlańcami. Ustaliliśmy, że prace ruszą w połowie lutego.

zima 2010 015

Od podpisania umowy minął miesiąc. Przyszedł listopad 2009 roku i zaczęła się zima. Niech ją wszyscy diabli! Myślałem, że będzie mroźno i śnieżnie do połowy stycznia, a potem zima zelżeje. Bo u nas w Ustce nad morzem, to z reguły tak bywało w ostatnich latach. A tu masz! Dni mijały, a mróz trzymał i śniegu dosypywało.

W połowie lutego zwątpiłem. Szansa, że na czas zbudujemy pensjonat malała w oczach! Jednak brat Krystiana – Sylwek, dobrze zbudowany, czarnowłosy, krótko ostrzyżony facet, nie dawał za wygraną i pocieszał mówiąc, że dadzą radę mimo opóźnienia. A Krystian również postawny mężczyzna, to potwierdzał. Wierzyłem im, ale chyba tylko dlatego, że już od miesiąca jak topór wisiał mi nad głową kredyt na budowę, więc żeby nie ugotować się w długach, musiałem budować prędko. Trzeba było skończyć przed sezonem letnim! Krystyna – moja żona, bała się jeszcze bardziej.

Jasny szlag by trafił tę zimę! Minął styczeń, a śniegu nie ubywało. Wręcz przeciwnie! Padał coraz intensywniej! I jeszcze do tego, mróz trzymał jak cholera!

Pod koniec stycznia odwiedzili mnie moi budowlańcy. Obaj uśmiechnięci jak gdyby nigdy nic. Przyszli bez czapek na głowach, co mnie zaskoczyło, bo mróz był tęgi.

budowa 012

Szczególnie zadziwił mnie Krystian, gdyż ostrzyżony był na łyso! – Inteligentni panowie a nie zdają sobie sprawy z konsekwencji eksponowania gołej głowy na mróz – pomyślałem. A przecież najwięcej ciepła ucieka nam przez głowę, więc czapka w taką pogodę jest wyjątkowo potrzebna. Jednak fantazja trzydziestoparoletnich facetów jest ogromna. Może i ja w ich wieku też byłem taki?  Sam nie wiem. Ale do rzeczy!

Od drzwi zaczęli mnie pocieszać mówiąc, że wszystko jest pod kontrolą i zima może się przeciągnąć nawet o miesiąc, a oni i tak sobie poradzą.

Nie dowierzałem ich zapewnieniom. Miałem coraz więcej wątpliwości. Jednak wiedziałem, że zrezygnować z nich nie mogę, gdyż nie wezmę sobie nowych budowlańców, bo nie znajdę takich szaleńców jak oni, którzy obiecają, że budowę skończą do lata! Na tę myśl zalało mnie gorąco!

Tłumaczenia Krystiana były rzeczowe, bo opierał je na faktach. Mówił o budowach, które już oddali. Jego argumenty układały się w logiczną całość, ale mnie nie przekonywały, gdyż sądziłem, że mroźna i śnieżna zima jest przeszkodą nie do pokonania, więc niedowierzałem jego racjom.

Kiedy jednak zerkałem na radosnego Sylwka moje zdanie bladło i traciło wagę. Stąpając twardo po ziemi powinienem powiedzieć, że facet jest naiwny, bo przecież nie jest z zawodu budowlańcem – tak powiedział mi Krystian – a się wymądrza! Jednak szczerość, iskra bezgranicznej wiary w jego oczach i hardość wsparta posturą mocnego faceta, kazały mi myśleć inaczej i pozbyć się wątpliwości. Dostrzegłem też, że postawa Sylwka dodawała animuszu, wzmacniała i mobilizowała również Krystiana. I choć nie brakowało mu siły woli i umiejętności w zawodzie, bo przecież był wytrawnym budowlańcem – co później udowodnił w czasie budowy – to spostrzegłem, że jest mu raźniej.

Obcowanie z Sylwkiem kazało sądzić, że jest on dobrym duchem brygady.

Krystian przygotował kosztorys prac. Poprosiłem go o to, bo Stefan – szef hurtowni budowlanej powiedział, iż właśnie on zrobi to dobrze. Poza tym Krystian był wykonawcą, więc miałem powody sądzić, że obrachunki zrobi rzetelnie.

– Nie wziął pan pod uwagę kosztów nieprzewidzianych – mówię przeglądając kosztorys.

– Jak to? Tam jest taki zapis – żachnął się natychmiast.

– Panie Krystianie, na pewno dobrze pan to policzył, ale ja mam inny punkt widzenia i niepisaną zasadę, że po zsumowaniu wszystkich kosztów trzeba jeszcze dołożyć 1/3 całej kwoty.

– To znaczy – zerknął na kosztorys, – że do tych 163 tysięcy trzeba by doliczyć – policzył prędko – jeszcze 56 tysięcy, tak? Hm. Nie sądzę żeby tak było. Wystarczy suma, którą policzyłem – podsumował.

– A jednak. Koszt tej budowy zamknie się w około 220 tysiącach. Panie Krystianie, wspomni pan moje słowa.

– Nie wierzę – odparł zdecydowanie.

Przyszedł luty. Był to już trzeci miesiąc spłacania rat kredytu.

Luty się kończył, a budowa jeszcze nie ruszyła!

– Panie Kamilu – mówi Krystian. – Chociaż nie trzeba wpadać w panikę, bo według naszej oceny mamy jeszcze, co najmniej miesiąc rezerwy, to jednak czas zaczynać prace, bo żarty się skończyły.

„Jaki miesiąc?” myślę sobie. Przecież mieliśmy zacząć w połowie lutego i zgodnie z planem w czerwcu powinienem wnosić meble! Jest już dwudziesty piąty lutego a on mnie mówi, że mamy jeszcze miesiąc zapasu. Chyba go pogięło!

– Panie Krystianie – zaczynam spokojnym głosem. – O czym pan mówi? Jaki miesiąc rezerwy?

– Swoje prace skończymy w połowie czerwca. Proszę być spokojnym – mówi i uśmiecha się.

Nie mam pojęcia skąd było we mnie tyle zaufania, że mu wierzyłem? Może to wpływ atmosfery spokoju, którą wprowadzał Sylwek? Słuchałem naciąganego planu i bez szemrania zapisywałem, co muszę zrobić, żeby pierwszego marca rozpoczęli rycie wykopów pod fundamenty. W dodatku, kiedy tylko się rozstaliśmy, ruszyłem do hurtowni budowlanej i otworzyłem konto na materiały. W dodatku zamówiłem w tartaku tarcicę. Zatrudniłem też brygadę pana Mietka.

Pan Mietek, to poważny człowiek. Prowadzi firmę sprzątającą, ale nie takie tam, odkurzanie, czy pranie. On przygotowuje place pod budowę i porządkuje pobudowlane śmieci. Wywozi też gruz, odpady, oraz nawozi ziemi pod nasadzenia.

Dwudziestego szóstego lutego, czyli już następnego dnia, wczesnym rankiem wjechał na podwórze ciągnik z przyczepą. Czterech silnych facetów z marszu zabrało się do pracy. I tak metr po metrze ładowali ten cholerny śnieg łopatami na przyczepę i kurs za miasto. Wywozili cały dzień. Każda przyczepa kosztowała mnie 130 złotych! A przyczep było osiem! Budowa jeszcze nie ruszyła, a ja już wydawałem pieniądze!

Brygada pana Mietka miała też pomagać w kopaniu dołów pod fundamenty. Trzeba było to zrobić ręcznie, bo żadna koparka, nawet najmniejsza, nie miała szans tu wjechać, ponieważ przejazd miedzy budynkami jest za ciasny.

Dwudziestego ósmego lutego plac budowy był już oczyszczony, a nawet więcej, bo splantowany i pierwsze tony ziemi też zostały usunięte. Kilofy i łopaty waliły w zamarznięty grunt i wytrwali kopacze zagłębili się poniżej strefy zamarzania. Na gębusiach umorusanych i zmęczonych facetów pojawiły się uśmiechy.

Pierwszy raz odetchnąłem i też się uśmiechnąłem. Ale tylko na chwilę.

– Witam panie Kamilu. Roboty się rozpoczęły, więc jak się umówiliśmy, przyszedł czas na pierwszą transzę zapłaty – mówi kierownik budowy.

Stanął przy mnie znienacka, więc się poirytowałem. Pierwszą zapłatę miał dostać dopiero za dwa dni po wpisaniu pierwszej części prac do dziennika budowy – Tak mu obiecałem. Chociaż inni inwestorzy płacili dopiero po skończeniu budowy! A ten przylazł już dzisiaj! Geodeci rozmierzyli wszystko, więc jego obecność była zbędna.

Razem budujemy już drugi dom i znam faceta, więc powinienem rozumieć jego zapał do przedwczesnego żądania zapłaty, ale i tak mnie zniesmaczył.

– Panie Jacku, zapłacę dopiero po zakończeniu wykopów i wpisaniu do dziennika budowy. Ale jeśli już pan jest, to proszę sprawdzić plac budowy. Może robotnikom trzeba coś podpowiedzieć, bo ja się na tym nie znam – burknąłem.

Jacek nie należy do osób szczególnie wyrywających się do pracy. Ale wiedzę ma, więc mimo tego, że często trzeba mu przypominać o obowiązkach, to zatrudniłem go. Jako kierownik budowy, jest też tani i dobrze zabezpiecza prace budowlane. Znów ja, choć jestem mechanikiem, to wiele wiem o zasadach, więc czytanie rysunków, czy planowanie zakupów materiałów budowlanych robiłem i robię sam. A z panem Jackiem potrafię się dogadać, więc pracuje się nam dobrze.

Graniczę z trzema sąsiadami miedza przy miedzy i z tego powodu czasami mamy przygody. Jeden z nich to starszy pan, lokator ADM i jego zdanie nie ma żadnego znaczenia, bo miasto wyraziło zgodę na budowę. Pozostaje mi tylko być uprzejmym po prostu. Drugi sąsiad, to skonfliktowany z prawem, od kiedy tylko pamiętam, ale dosyć spokojny młody człowiek i nie wchodzimy sobie w drogę. Trzeci sąsiad, a właściwie sąsiadka, to dopiero nieużyta baba. Jednak o tym miałem się dobitnie przekonać dopiero w trakcie budowy.

Wspomnę teraz o Krystianie, ponieważ to, że się spotkaliśmy ma związek z konfliktową sąsiadką. A poznałem go zupełnie przypadkowo.

Wiosną 2008 roku robiliśmy ocieplenie północnej ściany nowo postawionej części pensjonatu. Ta część została zbudowana w 2004 roku, ale jej nie ocieplaliśmy, ponieważ jadem plująca sąsiadka nie wpuściła moich budowlańców na swoje podwórze, choć było to zapisane w projekcie. Protestowała mimo tego, że trzy lata wcześniej całą rodziną pozwolili mi na zbudowanie pensjonatu do granicy naszych działek. Po skierowaniu sprawy do Starostwa Powiatowego, wredna baba uległa. Prace poszły migiem, a że mam miękkie serce i twardą dupę, to za własne pieniądze uporządkowałem jej podwórze i postawiłem płot graniczny. W głębi serca byłem jej wdzięczny, że nas wpuściła. Ale moja brygada dziwiła się i podśmiewała, że robię dobrze komuś tak wrednemu i perfidnemu. Mówili tak, bo w trakcie prac dociepleniowych dogryzała im na każdym kroku. Wtrącała się do wszystkiego. Marudziła, że worek z materiałem leży w nieodpowiednim miejscu, że styropian się sypie, choć ściana była zabezpieczona wysoką siatką maskującą. Jęczała, że głośno rozmawiają w czasie pracy. Mieli jej serdecznie dosyć. Ale co tam, prace skończyliśmy.

Rozliczając się, zaproponowałem szefowi firmy, że za rok wspólnie rozpoczniemy następny etap budowy. Z braku czasu odmówił. Sądzę jednak, że to moja sąsiadka była głównym powodem. Ale zaproponował firmę Krystiana. Przyjąłem propozycję. A że lubię wiedzieć, co nieco o firmie, z którą mam współpracować, to zasięgnąłem języka.

Stefan, szef hurtowni budowlanej, tej z którą od lat buduję, wyraził się pozytywnie o Krystianie. Dodał jeszcze, że będę miał do czynienia ze świadkami Jehowy. Nie zmartwiłem się tym, choć sam jestem katolikiem.

Jednak później okazało się, że „informator” skłamał rozsiewając fałszywą plotkę, bo moi budowlańcy wcale nie byli świadkami Jehowy. Byli chrześcijanami protestantami. Nie wgłębiałem się w szczegóły, bo słyszałem, że można na nich polegać, a to mnie wystarczało.

Wieczorem dwudziestego ósmego lutego Krystian wpadł do mnie jak burza.

– Panie Kamilu, jutro wchodzimy na budowę, ale będzie nas o jednego mniej. Jednak proszę się nie złościć.

– Czemu mniej? – zapytałem odruchowo.

– Dziś rano zdarzył się wypadek. Sylwek majstrował przy samochodzie. Napinał pasek klinowy i złapało mu dłoń – mówił rzeczowo bez widocznych emocji.

– O matko! – jęknąłem, bo zdałem sobie sprawę z konsekwencji i aż się wzdrygnąłem. – To stracił palce?

– Nie. Na szczęście nie, bo jest silny. Szarpnął rękę i urwał pasek klinowy. Jednak zerwało mu paznokcie. Byliśmy już w szpitalu. Ma opatrunki, więc do pracy nie przyjdzie.

– Rozumiem – przytaknąłem pomimo wewnętrznego oburzenia. – To po budowie – dodałem szczerze.

– Nie. Proszę się nie martwić.

– No jasne. Nie martwić się.

Choć współczułem Sylwkowi i zdawałem sobie sprawę z jego tragedii, to serce waliło mi jak młot, bo mój koszmar związany z zagrożeniem budowy był równie wielki.

– Panie Kamilu, jutro będziemy na pewno i nic się nie zmieni. Będzie nam o wiele trudniej, ale poradzimy sobie.

Krystian mówił spokojnym wywarzonym głosem, co mnie uspokajało. Jednak tylko pozornie, bo patrząc trzeźwo, czułem olbrzymie niebezpieczeństwo zawalenia się planów.

– Sądzę, że pana brat nie wróci do pracy wcześniej niż za pół roku – skomentowałem logicznie.

– Panie Kamilu – uśmiechnął się. – Sylwek powiedział, że do lżejszych prac będzie gotowy już za tydzień. On jest bardzo twardy. Miałem nadzieję, że jutro też nam pomoże przy zabezpieczaniu tej szopy sąsiadów stojącej przy miedzy. Ale niestety, będziemy musieli poradzić sobie sami.

– Nie wiem, co mam powiedzieć – odparłem zdegustowany.

Choć było mi żal Sylwka, to aż kipiałem ze złości, że inteligentny facet bezmyślnie (Przy pracującym silniku!) próbuje sprawdzić naciągnięcie paska klinowego!

– Bezmyślność ludzka nie ma granic – jęknąłem.

Pierwszy marca przywitał nas zachmurzonym niebem i mrozem. Wstałem około siódmej i przed ósmą wyglądałem pracowników. Nikt się nie spóźnił. Brygada Krystiana z marszu wykonała obmiary pod wykopy. Na podwórze wtoczyła się przyczepa pchana przez ciągnik.

I dwie brygady z szuflami w rękach wzięły się do pracy. Nie za wiele miałem do powiedzenia, bo każdy z ośmiu facetów wiedział, co ma robić, więc wycofałem się do domu.

Zgodnie z projektem parter mojego pensjonatu musiał zostać wkopany pod ziemię do połowy kondygnacji, ponieważ podwórza dwóch sąsiadów były wyżej, gdyż tak był pofałdowany teren. Robienie wykopów było koszmarem. Piasek obsypywał się mimo zmrożenia i wykopy trzeba było zabezpieczać szalunkami. Ile tam „utopiono” płyt OSB, to sam nie wiem, bo dowozili i dowozili! Doliczyłem się dopiero na koniec miesiąca, gdy czytałem rachunek.

Kopacze pana Mietka uprzątnęli moją starą szopę i zaadoptowali na miejsce odpoczynku pod dachem. Chcieli przysiąść tylko na chwilę, więc nie potrzebne im były żadne luksusy – tak mówili. Pan Mietek, jak wspomniałem, to poważny facet, ale jego brygada to przypadkowi ludzie. Żaden z nich nigdy nie miał stałej pracy, bo skłonność do wódeczki przekreślała taką możliwość. On ich jednak zatrudniał. Płacił im od wyszuflowanej roboty. Każdemu też codziennie przywoził śniadanie. Sami nie myśleli o jedzeniu, bo mieli tylko jedną potrzebę, aby po zainkasowaniu dniówki kupić flaszkę wódki. Coś tam jeszcze dokupowali na zagrychę, ale gdyby nie jedzonko od pana Mietka, to przymieraliby głodem. Tak więc, trzymali się go kurczowo i słuchali we wszystkim.

Czasami robotnicy pana Mietka zaskakiwali mnie inteligencją, która znienacka wyrywała się z otchłani świadomości. Mówili wtedy mądrze. Dowiadywałem się, że każdy z nich miał kiedyś dom, żonę, a nawet plany na przyszłość. Jednak tamten świat przestał istnieć i teraz mieszkają gdzieś tam kątem. A jeden z nich, to koczuje w lesie! Umościł sobie poniemiecki bunkier, takie stanowisko strzelnicze i tam egzystuje.

Piątego marca przyszedł Sylwek. Była dziesiąta rano, więc brygada Krystiana jadła śniadanie w „swoim” pomieszczeniu, które przygotowałem specjalnie dla nich. Wiedziałem, że ten pokój umorusają, ale obiecali, że po zakończeniu prac wyremontują go. Miałem nadzieję, że mnie nie zawiodą. Ten pokój był już zarezerwowany na całe lato!

Prawa ręka Sylwka schowana była w futrzany pokrowiec zawieszony na temblaku. Przywitał się ze mną podając lewą rękę. Było mi go żal i nie czułem urazy.

Zerkając na obolałą rękę, aż się wzdrygnąłem, gdyż znałem takie przypadki. Przez pół roku pracowałem jako inspektor BHP i się napatrzyłem.

– Bardzo boli. Prawda? – zapytałem zdecydowanie z nutką sarkazmu w głosie, karcąc w ten sposób bezmyślność.

– Dosyć boli, ale przyszedłem pomóc, bo będziemy robili zabezpieczenia terenu przed obsypaniem się. Jesteśmy już głęboko i trzeba to zrobić solidnie. Sami nie dadzą rady.

– Zlituj się pan, panie Sylwku. Idź pan do domu, odpoczywać! – burknąłem, bo jego deklaracja była niepoważna.

– Jednak pomogę – powiedział zdecydowanie.

Ta reakcja mnie zaskoczyła. Nie sądziłem, że tak potrafi dobroduszny Sylwek. Aż mnie zatkało. Dostrzegłem, że niewiele wskóram, więc nie protestowałem.

– Mówiłem mu, żeby nie przychodził. Ale się uparł! – dorzucił Krystian.

– Żeby tylko się nie pogorszyło. Proszę uważać, lepiej byłoby teraz odczekać kilka dni, a dopiero później spróbować – dodałem bez przekonania w powodzenie.

– Spróbuję teraz – powiedział głosem nieznoszącym sprzeciwu i zaśpiewał półgłosem:

„Bądźcie wierni i odważni,
Choć miotają groźby źli.
Strzegę was jak swej źrenicy,
Wesprę was i dodam sił.”

Najpierw poczułem się głupio, bo pieśń kościelna tu na budowie? I to jeszcze śpiewana z takim animuszem? Jednak słowa mówiły wszystko, więc pokornie wycofałem się do domu.

Brygada Krystiana zwykle kończyła pracę około piętnastej, ale dziś była już siedemnasta i dalej słyszałem stukanie młotków, a także warkot wiertarki. Wyszedłem zaniepokojony. Było już ciemno, a oni pracowali przy świetle latarek. Oburzyłem się!

– Panowie! Czemu robicie po ciemku?

– Nie sądziłem, że zejdzie nam tak długo i nie mamy reflektorów – odparł Krystian.

– Ale skończymy za godzinę i przy latarkach damy radę – skwitował Sylwek.

– Przecież jestem w domu i mam sprzęt. Trzeba było zapukać! – jęknąłem oburzony.

Przerwałem dyskusję, wróciłem do domu i za moment przyniosłem, co trzeba. A oni rozwinęli kable i plac budowy zalało światło.

– Nie róbcie mi tego więcej – fuknąłem.

– Pan Kamil opiekuje się nami jak ojciec – skomentował Sylwek i nie przerywając pracy zaśmiał się. Zaintonował też pieśń. Melodia ta sama, którą śpiewał poprzednio, ale słowa inne:

„Nigdy o was nie zapomnę,
Podam wam pomocną dłoń.
Nawet gdyby zginął ktoś,
Wnet usunę śmierci mrok.”

Uśmiechnąłem się pod nosem, gdyż człowieka z taką fantazją wcześniej nie znałem.

A że pomyśleli o mnie jak o ojcu, to nic dziwnego, bo byłem od nich starszy o dobre dwadzieścia lat.

– Drugim razem, to jak ojciec przeciągnę wam pasem po dupie – odciąłem się, choć to był tylko żart. – A jak ręka?

– Nie robię nią niczego. Pracuję tylko lewą – odparł i aby pokazać swój spryt, chwycił belkę i jak piórko podał kolegom. Mimo zmęczenia zaśpiewał jeszcze głośniej:

„Warownym grodem jest nasz Bóg, orężem nam i zbroją.
Wybawia nas od wszelkich trwóg, co nas tu niepokoją!”

– Silny jak tur – mruknąłem pod nosem. Próbowałem powstrzymać się od śmiechu, ale nie wytrzymałem. Oni też się roześmieli.

Pracowali do późna, ale skończyli szalowanie dopiero następnego dnia, bo roboty było dużo.

Zanim zaczęliśmy kopać doły pod fundamenty, mieliśmy jeszcze jedną pracę do zrobienia. Sąsiedzi dawno temu postawili szopę przy miedzy i teraz zanim rozpoczęliśmy prace, trzeba było ją podstemplować betonowymi słupami – wspomniałem o tym. Jacek – kierownik budowy, bardzo nam w tym pomógł mądrym pomysłem. Trwało to kilka dni, ale budyneczek zabezpieczyliśmy. Zwróciłem uwagę sąsiadce, że dach jej szopy ma spadek na moją stronę i woda deszczowa będzie się lała pod mój budynek. Zaproponowałem, że przebuduję ten dach. Jednak ona zabroniła robić czegokolwiek. – Na moim podwórku, to mogę nawet nasrać i nikomu nic do tego – burknęła nieprzyjemnie. Odpuściłem, nie skomentowałem, bo wcześniej czy później będzie musiała przebudować ten dach. Znałem przepisy.

Rowy ławy fundamentowej zaszalowane i wypełnione zbrojeniem czekały na zalanie betonem. Był piątek, więc zadzwoniłem do firmy betoniarskiej i na poniedziałek rano zamówiłem „gruszkę” z pierwszymi dziewięcioma tonami betonu. A moja brygada zrobiła sobie wolny weekend.

W sobotę późnym popołudniem zaniepokoił mnie głośny rumor. Wyszedłem przed dom i zerknąłem na plac budowy. Było ciemno, więc włączyłem światło. Poczułem, że duszę mam na ramieniu! …

P.S.
O dalszych losach bohaterów opowiadania „Kryptonim lato”  przeczytasz w zbiorze  opowiadań „Baby ach te baby” do kupienia w księgarni internetowej www.wyczerpane.pl

ZENON MISZEWSKI

4 thoughts on “Kryptonim „lato”

  1. Gdzie lub w jaki sposób można dostać zbiór Pana opowiadań „Baby ach te baby”? Pozdrawiam

  2. Ten blog jest świetny 🙂 Dziś na niego natrafiłam Od dwóch godzin czytam i nie mogę się oderwac Pozdrawiam

  3. Czytam to z uśmiechem i pamiętam swoją budowę i zawiść i zazdrość sąsiadów. Byly to czasy komuny więc moja sąsiadka wzywała na wszystko ówczesną milicję szepcząc im do ucha, że to pewnie kradzione. No i oni sprawdzali…odrywając człowieka od roboty, odjeżdżali po to by za parę dni z kolejnym „niusem” to cyt, sąsiadki lądować u mnie ale już z uśmiechem.Pozdrawiam serdecznie:)

  4. Great goods from you, man. I’ve be aware
    your stuff prior to and you are just too wonderful.
    I actually like what you’ve received here, really like what you are stating and the way in which in which you
    are saying it. You’re making it enjoyable and you still take care of to stay it wise.
    I can not wait to learn much more from you. That is actually a great site.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *