willa Eldorado

ELDORADO

„Port, to jest poezja rumu i gorzałki, port, to jest poezja westchnień czułych żon, port, dla rodzin jest miejscem karmiącym nadzieją, poezją tęsknoty kształtującej los.

Ta portowa poezja ukryta jest także w historii Ustki.

Los sprawił, że w porze przedpołudniowej jesienią roku 2013, bez specjalnego powodu znalazłem się po zachodniej stronie usteckiego portu. Niezwykły, magiczny przypadek sprawił, że spotkałem mężczyznę, który odkrył przede mną tajemnicę. Teraz, po czasie, myślę, że los zaplanował to spotkanie, a ja po prostu musiałem tam być, bo też jestem częścią Ustki.

Starszy Pan z przystrzyżoną siwą brodą, o rysach twarzy osoby nie ubogiej, ubrany w ciemny płaszcz futrzany opasany grubym skórzanym pasem, wyglądał na obcego, ale mówił czystą polszczyzną. Wyczułem w jego słowach głęboki sentyment do miejsca, ale też obawę, czy może mi mówić o wszystkim. Jednak opowiedział mi historię, którą spisałem dokładnie.

Stał on przy zachodnim falochronie, tyłem do główek i wsparty o metalową srebrną laskę wytężał zmęczony życiem wzrok, próbując coś dostrzec za wysokim betonowym murem przy ul.Westerplatte 15, trwały tam prace remontowe. Jednak nie robotników on wypatrywał. Westchnął głęboko i skierował wzrok na popadający w ruinę olbrzymi budynek spichlerza zbożowego, ale później znów spojrzał w prawo, w kierunku Westerplatte 15  i znów wypatrywał czegoś zasłoniętego olbrzymimi drzewami rosnącymi za wysokim betonowym murem.

Kopia nieznajomy modified

– Jesteś z Ustki – stwierdził zdecydowanie. Zaskoczony, przytaknąłem. A on niespodziewanie ruszył. Coś kazało mi pójść za nim. Słońce świeciło intensywnie. Byliśmy przy kanale węglowym, kiedy to między konarami drzew, za wysokim murem, coś zalśniło.

Zza liści drzew błysnął promień słońca odbity od blachy pokrywającej kopułę wieży masywnej kamienicy. Mój rozmówca się uśmiechnął.

– Sekretów my stróże, zaborców my katy, ludzkiego cierpienia odkupiciele… – deklamował powoli i cicho. – To tam jest, tam było, kiedyś… – przerwał niezrozumiały mi wywód i zamilkł. – Dawno temu Słupia wpadała do morza deltą – zaczął niespodziewanie. – Nie wiadomo dokładnie kiedy stanęła warownia przy lewej odnodze ujścia Słupi. Jak mówili wojowie Jaśka ze Sławna, postawili ją Pomorzanie za Mieszka I. Po dziesięcioleciach, kiedy ucisk władz podzielił mieszkańców i dopiekł grupie gniewnych, porzucili oni zachodnią warownię i wyemigrowali nad prawą, wschodnią odnogę Słupi wpływającą do morza obok, no tam, obok dzisiejszej osady Orzechowo – wskazał ręką ledwie rozpoznawalny klif, odległy o kilka kilometrów. W czasach Mieszka I istniało tam jezioro lagunowe i sięgało aż pod wieś Przewłoka – mówiąc to, westchnął. – Grupa banitów założyła przystań na bagnach delty, gdyż była ona niedostępna dla wojów. Przez lata zalew zarastał, co uniemożliwiało żeglugę. Osadę przenosili coraz bliżej morza, aż osiedli na terenie nieopodal brzegu morskiego. Rzeka Orzechówka oraz bagnisty teren skutecznie broniły dostępu do osady i portu dla łodzi. Uboga ludność często cierpiała głód.

Przełomem był wrzesień roku 1394 i wieść o nabrzmiewającej niechęci do Małgorzaty, królowej Danii rządzącej wieloma pomorskimi terenami w Polsce. Na Bałtyku rodziła się koalicja Braci Witalijskich wspierana przez króla Szwecji. Zajęli oni wyspę Gotlandię i jej główne miasto Visby, które stało się ich stolicą. W świat niosły się wieści, że kilka kilometrów na wschód od Ustki, zaszyła się w delcie Słupi grupa niepokornych Słowińców, rządząca się swoimi prawami. Bracia Witalijscy szukając sojuszników do walki korsarskiej dotarli i tutaj. W czasie zawieruchy sztormowej, ich posłaniec mając problemy nawigacyjne, co w okolicach Ustki nie dziwiło, ratując życie, położył na mieliźnie w ujściu Orzechówki swój okręt żaglowy.

Osobą, która odważyła się rozmawiać z wojowniczym przybyszem zza morza, ze Szwecji była Anna. Kilka lat temu, po śmierci nestora rodu, Anna jako najbardziej przebojowa, skuteczna w połowach i w żeglarstwie, została jednogłośnie wybrana przywódczynią rodu Słowińców. Szwed nie krył zdziwienia, że przywódcą jest kobieta, ale przyjął to z szacunkiem, bo uratowała jego i jego kamratów. Po sztormie, Anna ze swoimi ludźmi, pomogła ściągnąć z mielizny okręt Szweda. Olafson zaproponował pakt. Uzgodnili, że Anna jako herszt korsarzy działając pod piracką banderą Braci Witalijskich będzie nękać żeglarzy duńskich i niemieckich.

Traf chciał, że dwie noce później w bezksiężycowa noc, Bartek wysłany na samotny wypas kóz musiał zanocować poza obozowiskiem. Rozpalił więc ognisko na wzgórzu nieopodal brzegu morskiego. Handlowy żaglowiec wypełniony towarem płynąc z Gdańska planował zawinąć do portu w Ustce. Żeglarze dostrzegli światło brzegowe i tam skierowali statek myśląc, że to Ustka. Północno wschodni wiatr posztormowy pchał żaglowiec w kierunku światła. Trzaski pękających drzewców masztów i krzyki wyrwały ze snu mieszkańców osady w Orzechowie, ruszyli więc nad brzeg. Załoga tonącego żaglowca w panice próbowała ratować życie, ale los był okrutny i większość z nich utonęła. Dwóch marynarzy dotarło do brzegu, jednak dopadł ich Olafson i bez skrupułów zabił długim nożem. Anna z wyrzutem patrzyła na Szweda, ale wiedziała, że inaczej być nie mogło, bo świadek prędko sprowadziłby na nich zagładę. Słowińcy znając mielizny i głębie przybrzeżne, splądrowali unieruchomiony statek, a łupy łodziami przetransportowali w górę rzeki. Olafson odpłynął do Visby z częścią zdobyczy podarowanej mu przez Annę, a w zamian zostawił zwoje lin, płótno żaglowe i mapy wybrzeża. Zostawił też dwie lekkie łodzie wiosłowo żaglowe.
do legendy

O Annie mówiono niewiele, bo zakazała tego – skromna, ale zdecydowana. – Była wysoka i miała krzepę. Wychowywała się wśród chłopców, więc zachowywała się jak chłopak. Ale włosy i oczy czarne jak smoła kusiły niejednego, więc wielu pałiło do niej cholewki, jednak prędko z podkulonym ogonem odchodzili. Kiedy została hersztem piratów, mieszkała z nieślubnym synem, którego ojciec utonął jeszcze przed jego narodzeniem. Inni z rodziny pomarli ze starości, albo zginęli na morzu, bo życie żeglarza było niepewne. Tak opowiadał mi Brat, który usłyszał od Brata, a temu też opowiedział Brat i tak z ust do ust przez wieki – tłumaczył Siwy Nieznajomy, a ja słuchałem jak w transie.

Pomysł rozpalania ognisk mylących nawigatorów – mówił dalej – sprawdzał się doskonale. Łupem piratów stały się żaglowce, które w sztormie wpadały na mieliznę i tonęły. Wytrawni żeglarze Anny błyskawicznie rabowali i znikali na bagnach, zanim docierała straż portowa. Łupy ukrywali płynąc w górę Orzechówki. Wystarczyło pół roku, aby dostrzegli, że pieniędzy i innych dóbr mają w nadmiarze, więc dyskretnie pomagali okolicznej ludności. Katastrofy żaglowców zmusiły Związek Miast Hanzeatyckich do interwencji, więc ruszały pogonie, ale korsarze rozpływali się bez śladu. Ich sława rosła.

O dalszych losach Anny i jej potomkach przeczytasz w zbiorze opowiadań ” Baby ach te baby”  do kupienia w księgarni internetowej www.wyczerane.pl

2 thoughts on “LEGENDA ANNY

  1. Halo,witam 🙂 No, ładna historia. Irytujące jest jedynie to ciągłe „spolszczanie tych ziem” …Te ziemie zamieszkilwały, owszem plemiona słowiańskie, ale miały one tyle z Polską wspólnego, co np. Słowacy czy Czesi… 😉 Mieszko jak i jego potomkowie podbijali te ziemie i „wycinali” Pomorzan, podobnie jak ówcześni „Duńczycy” czy „Szwedzi” i oczywiście sąsiadujące plemiona germańskie… także. Jest natomiast niepodważalną kwestią, że pierwsze „miasta” i wszystko co za tym idzie,zaczęli zakładać sąsiedzi z zachodu i po całkowitym „zniknięciu” Pomorzan, to oni doprowadzili do prawdziwego rozkwitu tych ziem. Próbowano w trakcie tych 700 -set lat wielokrotnie zniszczyć ich dorobek, ale jakoś szczęśliwie dotrwali do 1945 roku, kiedy to pojawiły się barbażyńskie hordy (Armia Czerwona) ze wschodu i zniszczyły siedemsetletni (sic!) dorobek wielu pokoleń w kilka tygodni!!! Po tym ciosie Pomorze nie podniosło się i… jak podejrzewam, nigdy nie podniesie do dawnej świetności… Nie ma po prostu do tego żadnych przesłanek… Niestety. Szkoda, bo to naprawdę piękna Kraina… Pozdrawiam serdecznie.

  2. Witam, pisze Pan o germanizacji, rusyfikacji, więc spolszczanie tych ziem nie jest przecież niczym wyjątkowym i choćby małej grupie zapaleńców, choćby jednej osobie zapatrzonej w Polskę należy się szacunek. Nam Polakom, wędrowcom świata potrzeba często takiej Małej Ojczyzny, aby poczuć się równie ważnymi, bez kompleksów. Przecież zna Pan historie Drzymały. Pozdrawiam serdecznie, dziękuje za zainteresowanie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *