willa Eldorado

ELDORADO

„Port, to jest poezja rumu i gorzałki, port, to jest poezja westchnień czułych żon, port, dla rodzin jest miejscem karmiącym nadzieją, poezją tęsknoty kształtującej los.

Ta portowa poezja ukryta jest także w historii Ustki.

Los sprawił, że w porze przedpołudniowej jesienią roku 2013, bez specjalnego powodu znalazłem się po zachodniej stronie usteckiego portu. Niezwykły, magiczny przypadek sprawił, że spotkałem mężczyznę, który odkrył przede mną tajemnicę. Teraz, po czasie, myślę, że los zaplanował to spotkanie, a ja po prostu musiałem tam być, bo też jestem częścią Ustki.

Starszy Pan z przystrzyżoną siwą brodą, o rysach twarzy osoby nie ubogiej, ubrany w ciemny płaszcz futrzany opasany grubym skórzanym pasem, wyglądał na obcego, ale mówił czystą polszczyzną. Wyczułem w jego słowach głęboki sentyment do miejsca, ale też obawę, czy może mi mówić o wszystkim. Jednak opowiedział mi historię, którą spisałem dokładnie.

Stał on przy zachodnim falochronie, tyłem do główek i wsparty o metalową srebrną laskę wytężał zmęczony życiem wzrok, próbując coś dostrzec za wysokim betonowym murem przy ul.Westerplatte 15, trwały tam prace remontowe. Jednak nie robotników on wypatrywał. Westchnął głęboko i skierował wzrok na popadający w ruinę olbrzymi budynek spichlerza zbożowego, ale później znów spojrzał w prawo, w kierunku Westerplatte 15  i znów wypatrywał czegoś zasłoniętego olbrzymimi drzewami rosnącymi za wysokim betonowym murem.

Kopia nieznajomy modified

– Jesteś z Ustki – stwierdził zdecydowanie. Zaskoczony, przytaknąłem. A on niespodziewanie ruszył. Coś kazało mi pójść za nim. Słońce świeciło intensywnie. Byliśmy przy kanale węglowym, kiedy to między konarami drzew, za wysokim murem, coś zalśniło.

(więcej…)

tęsknota za pianinem 003C.

Każdego zdrowego chłopa, tak więc i mnie, nawiedzają chwilami myśli o potrzebach erotycznych, ale gdy rozbuchają się czasami, to pchają do marzeń o sprawach nieracjonalnych. Dziś, na przykład, marzę o pianinie… Niby nic nadzwyczajnego, przecież byłem muzykiem. Po co mi jednak ono i cóż wielkiego mógłbym wygrywać na tym instrumencie, kiedy granie sprowadzało się do obsługi dancingów, takiego muzykowania do kotleta. A poza tym, co wspólnego ma pianino z erotyką?… I na dodatek na zakup tego instrumentu musiałbym poświęcić sporo ciężko zarobionych pieniędzy.
Cis.
Monikę spotykam na dworcu. Idzie swym sprężystym krokiem. Dostrzega mnie, podchodzę więc i witamy się jak przyjaciele. Spotkanie nie należy jednak do łatwych, bo kiedy spogląda na mnie swymi niebieskozielonymi oczami, to natychmiast zwalają mi się na głowę wspomnienia, wspomnienia iście erotyczne, a nawet powiedziałbym… pornograficzne!
Mam na imię Jerzy i
jestem facetem dojrzałym, a także statecznym bez wątpienia, więc czuję się nieswojo. Ale kiedyś tak nie było. (więcej…)

Naznaczony1– Motylku, ty jesteś piękny. A czy ja jestem aż taki brzydki? Powiedz mi. Bo wyśmiewają się ze mnie i szydzą.
– Gnojarz, gnojarz – krzyknęła przelatująca ważka.
– Sam słyszysz – jęknął zdesperowany żuk.
– Żuczku, ty też jesteś piękny. Zajrzyj do skarbnicy swojej duszy. Popatrz ile dobrego robisz dla innych.
*
Jan urodził się z zajęczą wargą. Ojciec czmychnął jak tylko zobaczył kalectwo chłopca i ślubu z matką nie wziął. Wyszła za mąż za innego faceta, ale ten też go nie lubił i często poniżał wytykając, że sepleni.

(więcej…)

kwiecień 2010 007

– Damy radę! Damy radę! – krzyknął Sylwek swym tubalnym głosem i mimo strugami lejącego deszczu, uśmiechnął się. Mocnymi rękami chwycił załadowaną betonem taczkę i ruszył pędem.
Dwaj pomocnicy bez wahania złapali brzegi foli, którą przed chwilą przywiozłem i narzucili na pryzmę betonu. Przed kwadransem dwie „gruszki” wykiprowały na wyznaczony plac dwadzieścia cztery tony betonu, które budowlańcy mięli zwieźć taczkami do wnętrza budynku. A tu znienacka ulewa!

Przywiozłem im folię, bo byli kompletnie nieprzygotowani i deszcz zaskoczył ich dokumentnie! Groźba, że tony betonu spłyną z deszczem mogła stać się faktem!
– Budowanie, to nie jest takie tam, hop siup – mówi moja czteroletnia wnuczka, składając domek z klocków. Przyznaję jej rację bez wahania.
Moja budowa ruszyła półtora miesiąca temu. Wynająłem firmę budowlaną, a jej szef – Krystian ocenił, że cykl budowy zamknie się w czterech miesiącach. Przynajmniej tak zakładał. W jego ocenie budowa nieskomplikowana, więc wyznaczony termin miał być dotrzymany.

(więcej…)

Piszę prozą już od kilku lat, lecz ciągle staram się szlifować moje umiejętności pisarskie. Zgłosiłem się na warsztaty literackie zorganizowane w Ustroniu przez fundację Arka. Napisałem scenkę estradową – skecz pod tytułem „Uśmiech dobry na wszystko”, bo taki był temat konkursu i się zakwalifikowałem.

ONA

 

Zmagania z materią literacką, przy wydatnym wsparciu fachowców, dobiegły końca i musiałem wracać do domu do Ustki. Tu słowo – musiałem – precyzyjnie oddaje mój nastrój. Trudno mi było się zebrać. Powiem nawet, że bardzo trudno, bo zżyłem się ze wspaniałymi ludźmi na tych, tylko i aż pięciodniowych, warsztatach literackich. A właściwie można by powiedzieć, warsztatach prześmiewczego uzdrawiania w myśl hasła przewodniego: uśmiech dobry na wszystko. Było tak, że patrzyło się z przymrużeniem oka na rzeczy i świat czasami nie bardzo normalny.

 

Jednak skończyły się warsztaty literackie i powtórzę: musiałem powrócić do szarej rzeczywistości. Przyznam się, szczerze mówiąc, że nadużywam określenia: musiałem. Mówię tak aby zatuszować lenistwo ogarniające mnie czasami. Jednak broniąc się powiem, że słowo: musiałem, odzwierciedla żal rozstania z miłą teraźniejszością. (więcej…)

czerwiec 2010 004Nie mieszkamy na bezludnej wyspie. Wokół nas są znajomi i nieznajomi, dalecy i bliscy. Jesteśmy ludźmi sprawnymi i niepełnosprawnymi, a bywamy; bogaci, biedni, błyskotliwi, powolni, mądrzy, naiwni, rozsądni, nierozsądni, uparci, zamknięci w sobie, otwarci, nieużyci, pomocni, złośliwi, dobroduszni, kochający, nieczuli, apodyktyczni, albo też niereformowalni do granic absurdu – delikatnie mówiąc. Dla równowagi potrzebni są wszyscy, jednak to bliźni zadecydują gdzie wylądujemy w hierarchii wartości, to oni zaliczą nas do odpowiedniej grupy i tylko sumienie odpowie nam na pytanie; Czy jesteśmy z tego dumni? (więcej…)

ZENON MISZEWSKI

Krojanty 017Przez wziernik zobaczyłam, że w skrzynce na listy jest jakaś przesyłka.
– Co to jest?!  – Wykrzyknęłam, bo się wkurzyłam. Ostatnio nic dobrego do mnie nie przychodziło. Bałam się, że to znów cholerne rachunki, albo upomnienia. Zebrałam się jednak w sobie i przekręciłam kluczyk, bo ciekawość okazała się silniejsza. Koperta listu była inna niż te z rachunkami, ponieważ były na niej zagraniczne stemple, wiec domyślałam się, że może to być przesyłka od mojej siostry Anety z Milwaukee. Rozerwałam kopertę i wyjęłam z niej list, a w kartce złożonej na pół tkwił banknot.
– Witaj Zuzanno – pisze siostra. – Przesyłam ci dziesięć dolarów. Z Januszem odłożyliśmy je dla ciebie. Pamiętaj, wydaj je dobrze! – A to cholerne krówsko! Dziesięć dolarów. Przecież po wymianie to będzie jakieś dwadzieścia pięć złotych. Wstydziłaby się! Niech sobie te grosze w dupę wsadzi! Siostrunia pieprzona!
Aneta odwiedziła mnie dwa miesiące temu i widziała jak się męczę siedząc w tej dziurze bez pracy i bez perspektyw na przyszłość. Nic wtedy nie powiedziała, a teraz idiotka przysyła mi dziesięć dolarów. Za kogo ona mnie ma? Jest mi ciężko, owszem, ale tak nisko jeszcze nie upadłam żeby umierać z głodu! Przyjechała tu ze swoim mężusiem na czterdziestolecie ogólniaka, dobrze liczę i przy okazji odwiedzili mnie… Byli jeden dzień wydając na przyjazd kupę kasy tylko po to, by się pochwalić, że mieszkają w USA. Ona to wymyśliła. Krowa!

(więcej…)

dwie sosny

Zenon Miszewski

Moja własna droga do poprawy i wzmocnienia sprawności.
REHABILITACJA PO MOJEMU

Po morderczym porannym spacerze siedzę plackiem na fotelu i przez okno obserwuję dwie sosny.
Obie mają już swoje lata. Są wysokie. W życiu doświadczyły wiele, bo klimat nadmorski nie oszczędza. Domyślam się, że kiedy były młodsze (a pewnie i teraz też) każdą z nich kaleczył i kaleczy nożykiem nie jeden natchniony, bo zakochany bez pamięci młodzian. Wycinają w ich korze serduszka, strzały albo piszą takie tam; D + K= M, czy inne banialuki, które pierwotnie dla obojga zakochanych znaczą wszystko, a po jakimś czasie stają się naiwnymi bzdetami. Na drzewach pozostawiają blizny… Te sosny w końcu rosną obok promenady, więc czemu się dziwić?

(więcej…)

Zenon Miszewski

nad morzem 180Oto zachodnia strona mojego portu. Tak, tak – mojego. Mam na imię Mariusz a ustecki port jest to przestrzeń, z którą jestem związany, można powiedzieć od dziecka. Zapach morza, zapach sieci rozprowadzanych po każdym rejsie, zapach haków tysiącami klarowanych z mozołem, zapach świeżo złowionych ryb. Wszystkie moje wspomnienia mają, w mniejszym lub większym stopniu, związek z rybactwem, portem i morzem. Mój ojciec rybaczył na długo przed moim urodzeniem. A ja, od kiedy pamiętam, całymi dniami wraz z rodziną przebywałem w porcie. Ogólnie, skończyłem szkołę stoczniową i zostałem mechanikiem urządzeń okrętowych. Jednak zaraz po skończeniu szkoły wyrobiłem sobie Kartę Rybacką. Pływałem z ojcem i chciałem rybaczyć. Trwało to niezbyt długo. Dostałem wezwanie do odbycia chwalebnej służby wojskowej. Jako wysportowany, zdrowy młodzian dostałem kategorią A. Miesiąc później wcielili mnie do Armii i trzy lata przekiblowałem w Marynarce Wojennej na okrętach.
(więcej…)