„O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny
I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny…”
DSC01241To nic, że Staff pisał, że jesienny. Mnie ogarnia radość, że deszcz, nareszcie deszcz i ulga, bo niemiłosierny upał „dogadza” nam już od tygodnia. Chwilami ciepło otumania człowieka tak bardzo, że zapomina nawet swojego nazwiska.
Jest początek sierpnia, czyli szczyt sezonu, więc musi być ciepło. Ale na Boga, nie aż tak gorąco! Nareszcie delikatny deszczyk. Wychodzę nagi, bez parasola, no nie tak do końca nagi, wychodzę w kąpielówkach i łapczywie wystawiam ciało, a krople letniego deszczyku je obmywają. Rozkosz. Ulga.

Deszcz pada, jak u Staffa, miarowy, niezmienny, jednak robi się jakby chłodniejszy i krople coraz większe. Ale, co tam, jest wytchnienie. Przechadzam się boso po betonowym podwórku. Spacer jest miły, nie tak jak w czasie nieznośnego upału, kiedy nawet stąpać bosą nogą się nie dało, bo parzyło niemiłosiernie. Tacy murzyni, to jakoś chodzą boso. Jednak oni są do tego przyzwyczajeni, choć to prawie jak chodzenie po rozżarzonych węglach, jak jakiś Fakir. Ja tam nakładam klapki.

A teraz idę sobie na bosaka, stąpam po kałużach, czasami chlapnę wodą jak dziecko i gębusia mi się śmieje. Chyba grzmi… Nie, tak tylko mi się zdaje.

Krople deszczu tężeją i zaczyna padać gęściej. Wchodzę pod daszek podcienia, bo czuję chłód. Rybą nie jestem, więc tłumaczę sobie, że dosyć spaceru na golasa. Narzucam na grzbiet pelerynę i zakładam kapelusz.

Jednak grzmi! Niebo ciemnieje i w oddali pojawia się kilka złowrogich błyskawic. Po chwili docierają do mnie pomruki burzy. – Przecież to normalna letnia burza – myślę sobie. – I to gdzieś daleko. Popada, zagrzmi i pofrunie dalej łagodzić skutki nieznośnego upału.

Deszcz zelżał. Uradowany, namawiam żonę i córkę na spacer, syna nie, bo zatopił się w Internecie i za nic go nie odciągniesz. Tłumaczę im, że deszcz mocniej padać nie będzie, bo ciśnienie za wysokie. Dziewczyny zgadzają się. Chwile później jesteśmy na promenadzie nadmorskiej. Moje panie w kaloszach na nogach, pod parasolkami, uśmiechając się, spacerują zadowolone. A ja na boso, podskakując jak sztubak cieszę się przyjaznym deszczykiem. Takich jak my, ocalonych od upału, jest więcej. Uśmiechamy się. – Jak niewiele trzeba, aby ludzie byli przyjaźni dala siebie, prawda? – mówię do żony.

Znowu słychać pomruki burzy i znowu niebo ciemnieje. Jednak to dzieje się w oddali na południu, więc nic sobie z tego nie robimy, bo przed naszymi oczami,  spektakl: Widok jest przepiękny. Mieszanka kolorów. Na północno-zachodnim pogodnym niebie, nad morzem zachodzi słońce purpurą podświetlając obłoki. Nad nami chmury szaro-bure z których pada lekka mżawka. A na południu sine zwały burzowe przecinane od czasu do czasu jasnym biczem błyskawicy. Jest przepięknie.

Żona i córka sugerują aby już wracać, gdyż promenada pustoszeje. Niespiesznie ruszamy. Chmury gęstnieją. Robi się chłodno. Bose nogi mi drętwieją. Przyspieszamy. Błyskawica rozcina niebo. Huk pioruna, potem następny. Niebo znienacka otwiera się nad nami i strugi wody jak wodospad spadają z nieba. Mimo dudnienia lejącego deszczu, krzyczę – Zaraz przejdzie. Ale nie przechodzi i jest mi zimno. Pelerynka na gołym grzbiecie nie chroni od chłodu i do tego jeszcze bose nogi. – Cholerny deszcz! – przeklinam. Ale, co to? Kobietom miny rzedną na widok zalanej ulicy. Jak wrócimy do domu – myślę. Strugi wody spływające zewsząd, zalały nam drogę ewakuacji!

Pojawia się straż pożarna i policja. Każą czekać aż ruszą pompy i osuszą przejście. A tu leje. Wody przybywa. Szlag by trafił ten deszcz! – klnę. Stajemy pod okazałym drzewem. Jest lepiej. Woda nie wali prosto w głowę. Ale tu nie wolno – mówią. – burza! Pioruny! Przeganiają nas. Znów stajemy pod rześkim prysznicem. – Cholera jasna, po co ten deszcz? – Grzmię. – Czy nie mogło świecić słońce jak wczoraj.

Ale ten deszcz, nic sobie z tego nie robi i dalej leje, nie myśli przestać. Skostniałem z zimna. Pocieram stopę o stopę i udaję, że jest ok. Ale nie jest! Chcę krzyknąć, zaprotestować. Jednak suchy trzask pioruna przywołuje mnie do porządku. Pokornieję. Chce mi się płakać.

Strażak nakazuje nam, abyśmy za nim szli gęsiego, to nas przeprowadzi. Prawie po pas w wodzie niekoniecznie czystej, brniemy przez zalewisko. Wszędzie woda! Mijamy zalane po szybę samochody. – To mój – krzyczy facet. – Jezu, nie odpalę go. – Obok kilku krzepkich gości próbuje wypchać z wody swoje auto. Idziemy i idziemy. Nie wiem jak długo pokonujemy ten stumetrowy bród. I jeszcze pcha się jeden z drugim i nie ustąpi miejsca. Przecież widzą, że jestem prawie goły, ale żaden nie pomoże, nie wesprze człowieka. Muszę się sam przepychać, bo próbują wleźć przede mnie. Może by nawet zadeptali. – Co za wredny naród. Trochę kłopotów i już jeden drugiemu wilkiem – burczę. Wreszcie ląd – już lepiej – furtka, podcień, drzwi i…. suchy dom.

Nie zważając na nic ( może kobiety mi kiedyś wybaczą ) zdzierając po drodze z grzbietu cholerną pelerynkę, gramolę się pod prysznic. Znowu woda. Ale ta jest błogosławieństwem, jest ciepła.

Otulony ręcznikiem robię kolację dla wszystkich. – Nie irytuj się mój kochany – mówi żona. – Każdemu to się może zdarzyć. Ale nigdy nie bądź pewny swego, bo na dwoje babka wróżyła… A meteorolog, to z ciebie marny.

KONIEC

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *