Naznaczony1– Motylku, ty jesteś piękny. A czy ja jestem aż taki brzydki? Powiedz mi. Bo wyśmiewają się ze mnie i szydzą.
– Gnojarz, gnojarz – krzyknęła przelatująca ważka.
– Sam słyszysz – jęknął zdesperowany żuk.
– Żuczku, ty też jesteś piękny. Zajrzyj do skarbnicy swojej duszy. Popatrz ile dobrego robisz dla innych.
*
Jan urodził się z zajęczą wargą. Ojciec czmychnął jak tylko zobaczył kalectwo chłopca i ślubu z matką nie wziął. Wyszła za mąż za innego faceta, ale ten też go nie lubił i często poniżał wytykając, że sepleni.

Naznaczony

Chłopiec nie miał lekko ani w domu ani w szkole. Dokuczano mu na każdym kroku. Znienawidził nawet swoje imię, więc znajomym kazał mówić na siebie – Heniek.
Choć był łagodnym chłopcem, to nie miał przyjaciół, gdyż widziano w nim tylko kalekę. Poza tym wyróżniał się siłą wśród rówieśników, więc koledzy po prostu się go bali. I choć chciał bywać wśród innych, to nawet rodzina stroniła od niego. Był czas, że chciano go skierować do szkoły specjalnej, ale on uczył się dobrze, więc nie zgadzał się na to. Determinacją i uporem walczył o swoje. Heniek miał duszę artysty. Ładnie rysował i ciekawie pisał. Jednak niewielu zauważało jego zamiłowania i doceniało umiejętności, bo przecież był kaleką.

Szczęśliwie przyszedł czas, gdy mógł zapuścić wąsy. Nie naprawiło to wady wymowy, ale uroda znacznie się poprawiła. Determinacja pozwoliła mu skończyć technikum. Został też kierowcą. Ale żeby zostawić za sobą koszmar dorastania, wyprowadził się setki kilometrów od domu rodzinnego i zaczął nowe życie z daleka od traumatycznych wspomnień.
Los otworzył przed nim skarbnicę dobra. Henryk poznał kobietę. Wzięli ślub. Mięli ze sobą dwóch chłopców. Jednak nie dane mu było cieszyć się szczęściem rodzinnym. Po dziesięciu latach bycia razem, wyprowadził się z domu, gdyż jego przebojowość i chęć podejmowania szybkich decyzji, kłóciła się z powolnością żony i przesadnym strachem nie podyktowanym żadną potrzebą. Perfidnie obwiniała o wszystko. Ciążyło mu to, więc odszedł, ale rozwodu nie wzięli.

Henryk z pokorą wyprowadził się i zadecydował, że będzie mieszkał oddzielnie. Los jak odpływ morza zabrał Henrykowi szczęście. Jednak on wbrew logice przeciętnego człowieka nie zapomniał o rodzinie i nie zaniedbał ich. Był im pomocny na każde zawołanie. Chłopcy nie stracili więzi z ojcem. O swojej matce też nie zapominał i jeździł do niej często, bo przecież go urodziła i wychowała.

W pracy Henryk był Janem, tak miał w dowodzie, więc nikt inaczej do niego nie mówił. Jasiu był kierownikiem obsługi teatru. Mimo nawału obowiązków, polubił tę pracę.
– Jasiu, wiesz, że za tydzień mamy premierę – mówi dyrektor. – Trzeba zająć się rozwieszaniem plakatów. Poza tym…
– Dyrektorze, przecież wiem, co mam robić. Że scena, że hotel, bo będą obcy aktorzy, że na zapleczu trzeba zrobić porządek, też wiem.
Jan z obcymi nie rozmawiał zbyt wiele, bo się wstydził. Ale ze znajomymi lubił pogadać. Z dyrektorem też.
Do rozwieszania plakatów brał starszego syna i samochodem pędem ruszali na miasto.
Mimo, że praca w teatrze była całodobowa, bo tam od niego ciągle czegoś chciano, to lubił atmosferę teatru.
– Jasiu – zwraca się do niego aktor. – Musisz mi wymienić lustro w garderobie. I to koniecznie dzisiaj.
– Wy zawsze mówicie mi na ostatnią chwilę. A widzisz ile mam pracy.
– Widzę, Jasiu, widzę. Ale nie zapomnij. – A, mam dwa zaproszenia na jutrzejszą premierę. Proszę, weź. Przyjdź z żoną.
Jan wziął zaproszenia, ale wiedział, że żona nie przyjdzie, choć jej to zaproponuje. Ot, nie chciała z nim bywać.
– Heniek – dzwoni do niego żona. – Odwieziesz mnie dzisiaj do domu, bo późno kończę pracę.
– Dobrze – odpowiedział bez zastanowienia. Nie zapytał nawet, czy nie mogłaby pojechać autobusem.
– Heniek, pamiętasz o tym, że w mieszkaniu Jakuba trzeba zawiesić lustro i karnisze?
– Pamiętam. Zrobię to jeszcze w tym tygodniu – powiedział bez złości, bo czuł się zobowiązany pomagać i żonie i synom.

Henryka poznałem pięć lat temu z oczywistego powodu. Moja córka i jego młodszy syn poznali się i zapragnęli być ze sobą. Choć był szorstkim mężczyzną i pierwsze spotkanie mnie nie zachęciło, to kiedy zaprosił nas, tzn. mnie i żonę do teatru na spektakl, opowiadając szczegółowo, z iskrą w oku, kto będzie grał i co to będzie za wspaniała sztuka, wystarczyło mi, abym go polubił.

Budowałem wtedy dom. Henryk zapytał w czym może mi pomóc? Zaskoczył mnie. Wsparcie przy budowie jest zawsze potrzebne, ale dlaczego miałby mi pomagać? Przecież znaliśmy się od niedawna. Poza tym dawałem sobie radę. Jednak powiedziałem mu, że poszukuję dobrego dekarza i firmy układającej PCV. Sądziłem, że tę wiadomość puści mimo uszu, bo przecież, cóż to może go obchodzić. Ku mojemu zaskoczeniu, już następnego dnia rozdzwonił się telefon. Firma od PCV i dekarz zadeklarowali swoje usługi. Zatrudniłem ich. Z pracy wywiązali się doskonale.
– Heniek, dziękuję ci.
– Nie musisz dziękować. Jak potrzeba, to pomogę.
– Jednak muszę ci podziękować i zapraszam, przyjedź jutro do nas na obiad. Marta i Jakub pewnie też będą chcieli przyjechać, więc zabierz się młodymi. Proszę nie odmawiaj – dodałem, bo już chciał się wykręcić.
Przyjechali, ale była z nimi też starsza pani. Dwa dni wcześniej sprowadził do siebie swoją matkę, ponieważ zmarł jej mąż i była bez opieki. Miała już ponad siedemdziesiąt lat i cierpiała na chorobę Alzheimera.
Jego skarbnica dobra była bezdenna. Jednak zorganizowany facet jakim był Henryk, pogubił się. Nawał pracy w teatrze i obowiązki rodzinne, przytłoczyły go. Choroba matki pogłębiała się. Nie mógł jej nawet samej zostawić w domu na czas pracy. Wiedziałem, że kursuje między domem a teatrem. Czasami zabierał matkę do biura, ale nie mógł tego robić zbyt często, bo to przecież praca. Przejeżdżał miesięcznie prawie 200 kilometrów!

O pomoc było trudno. Podpowiadałem aby umieścił ją w domu pomocy społecznej. Początkowo nie chciał. – Przecież to jest moja matka! – mówił. W końcu jednak złożył dokumenty. Ale pojawił się problem. Matka miała opiekuna i chorowała na Alzheimera, więc nie chciano jej przyjąć. I już! Było rozwiązanie, ale magiczna kwota za odpłatny pobyt 2500 złotych we wszystkich ośrodkach, skutecznie zamknęła mu tę furtkę. Jego pensja i emerytura matki ledwie wystarczałaby na pokrycie tej sumy. A jego życie?!

Marta z Jakubem zaraz po ślubie kupili mieszkanie. I kto miał im pomagać w malowaniu i innych pracach. Robiłem to ja, Henryk i moja żona. To była brygada. Fachowcy położyli gładzie gipsowe, zrobili cyklinowanie parkietów. Ale malowaniem, to my się zajęliśmy.
Po wprowadzeniu się młodych do nowego mieszkania, widziałem radość w oczach Henryka. My też się cieszyliśmy, ale on szczególnie, bo dziękował mu jego syn.

Pół roku później na Święta młodzi zaprosili całą rodzinę. Siedzieliśmy przy stole, kiedy oznajmili nam, że Marta jest w ciąży. Henryk znów się cieszył. – Będę miał wnuka, albo wnuczkę! – krzyknął. Dostrzegłem, że zaszkliły mu się oczy. Zawstydzony odwrócił się od nas…


Dalszy ciąg poowiadania „Naznaczony” i inne teksty znajdziesz w zbiorze moich opowiadań pod tytułem
“BABY ACH TE BABY” do kupienia w ksiągarni internetowej –  www.wyczerpane.pl
Zenon Miszewski

3 thoughts on “NAZNACZONY

  1. Tekst bardzo prawdziwy. Skojarzył mi się z piosenką Kaczmarskiego:
    Prosty człowiek

    Ja prosty człowiek – wierzę w słowo.
    Powiedzą – wstań i idź – to idę.
    Zarabiam ręką, a nie głową
    Nie grzeszę pychą ani wstydem.
    Dla ludzi mam otwarte drzwi,
    Niewiele zabrać można mi,
    Ale jak ktoś mi da po pysku –
    Oddam z nawiązką – ja nie Chrystus!

    Ja prosty człowiek – mądrym ufam,
    Sprytnym nie wchodzę raczej w drogę,
    Mówię niewiele, chętniej słucham,
    Pojmuję to, co pojąć mogę.
    Dla głodnych talerz mam i stół,
    Z tego com zebrał – oddam pół.
    Ale jak sięgnie ktoś po wszystko –
    Łapy przetrącę – ja nie Chrystus!

    Ja prosty człowiek – krwi oszczędzam,
    O byle co jej nie przeleję,
    Milsze mi życie niż śmierć nędzna
    Za obietnice i nadzieje.
    Bliźniemu też użyczę krwi
    Byle starczyło jeszcze mi.
    Lecz niechby ktoś mi kroplę wyssał –
    Z gardła wyszarpię – ja nie Chrystus!

    Ja prosty człowiek – cóż mi skarga?
    Kadzą mi albo palcem grożą.
    Każdy swój krzyż przez życie targa
    A jeszcze kamień mu dołożą.
    Dźwignę, to dobrze, nie – to nie:
    Drżyjcie gdy krew zaleje mnie!
    Jacek Kaczmarski
    2.2.1993

    http://www.youtube.com/watch?v=89YEmbNDCcg

    W dzisiejszych czasach „dobroć” jest jakoś inaczej pojmowana. Zatraciła swoje pierwotne znaczenie.Szko­da, że dob­roć nie jest prze­noszo­na drogą kropelkową… 🙁
    Boimy się dob­rych ludzi.
    Za dużo w nas zła, by w ich dob­roć uwierzyć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *