tęsknota za pianinem 003C.

Każdego zdrowego chłopa, tak więc i mnie, nawiedzają chwilami myśli o potrzebach erotycznych, ale gdy rozbuchają się czasami, to pchają do marzeń o sprawach nieracjonalnych. Dziś, na przykład, marzę o pianinie… Niby nic nadzwyczajnego, przecież byłem muzykiem. Po co mi jednak ono i cóż wielkiego mógłbym wygrywać na tym instrumencie, kiedy granie sprowadzało się do obsługi dancingów, takiego muzykowania do kotleta. A poza tym, co wspólnego ma pianino z erotyką?… I na dodatek na zakup tego instrumentu musiałbym poświęcić sporo ciężko zarobionych pieniędzy.
Cis.
Monikę spotykam na dworcu. Idzie swym sprężystym krokiem. Dostrzega mnie, podchodzę więc i witamy się jak przyjaciele. Spotkanie nie należy jednak do łatwych, bo kiedy spogląda na mnie swymi niebieskozielonymi oczami, to natychmiast zwalają mi się na głowę wspomnienia, wspomnienia iście erotyczne, a nawet powiedziałbym… pornograficzne!
Mam na imię Jerzy i
jestem facetem dojrzałym, a także statecznym bez wątpienia, więc czuję się nieswojo. Ale kiedyś tak nie było.

D.

Poznałem ją dwadzieścia cztery lata temu. Śpiewała w knajpie z niezłym zespołem muzycznym. Ja zaś bawiłem się i kasy nie oszczędzałem. Kończyłem dwadzieścia sześć lat i byłem po wojsku, więc stwierdziłem, że właśnie teraz powinienem się wyszumieć, a że zarabiałem nieźle, to kompanów miałem mnóstwo.
Któregoś razu tańczyłem bardzo blisko sceny, tuż obok śpiewającej Moniki. Spojrzałem wtedy na nią inaczej niż zawsze i coś we mnie drgnęło, ale odszedłem do stolika bez specjalnego zastanowienia. Kątem oka dostrzegłem, że się uśmiechnęła. Przez kilka następnych dni wspomnienie wokalistki spędzało mi sen z oczu.
Tydzień później zebrałem się w sobie i podszedłem do niej.
Monika jakby na to czekała, bo kiedy mówiłem – Dobry wieczór i inne pierdoły, że ładnie grają, a ona śpiewa fantastycznie – podała mi rękę zdecydowanie, tak jak byśmy się znali od wieków. ­­
– Że masz na imię Monika, to wiem, bo tak cię zapowiadają – zacząłem odważnie. – A ja jestem Jerzy i chcę cię zaprosić do kawiarni.
– Zgoda – odparła bez wahania.
Tak zaczęła się nasza znajomość.
Dis.
Dziś spotkanie z piękną kobietą – dla której czas jakby się zatrzymał – jest dla mnie szokiem. Zasycha mi w gardle jak sztubakowi. Kiedyś bym ją objął i czule pocałował. Teraz, nie stać mnie na więcej niż szczery uśmiech i czułe spojrzenie. Ona stoi i czeka. Widzi moje zawahanie – Jurek, takiego cię nie pamiętam, zaczerwieniłeś się – mówi. Że dostrzega moją reakcję, nie dziwi mnie wcale, bo jak może być inaczej, kiedy ciągle widzę w niej namiętną kochankę.
– Nie mylisz się – mówię. – Zobaczyłem tą samą piękną, atrakcyjną i ciągle młodą kobietę.
– Przestań brednie wygadywać, proszę cię!
– Nic nie wygaduję. Jesteś piękna.
Ona śmieje się.
– Dzięki za komplement, ale to już historia. Dobrze wiesz, że czas nie oszczędza nikogo, a serce też stygnie. Przestań. Proszę.
Mimo tego, że beszta mnie, to gorące wspomnienia sprzed lat powracają jeszcze intensywniej.
– Powiedz, co robisz nad morzem? Pamiętam, że wyjechałaś ze Sławkiem do Łodzi i planowaliście ślub. Wiem też, że w złości, bo w złości, ale przyrzekłaś nigdy tu nie wracać.
– To było kiedyś – mówi podenerwowana – był plan i…
Niespodziewanie przerywa.
E.
Przed laty, pierwsza schadzka z Moniką nie wyglądała romantycznie. Siedzieliśmy w kawiarni i popijaliśmy herbatę, ponieważ kawy nie piła. Spodziewałem się randki, więc zacząłem – Monika, jesteś cudowna. – Ale ona zgasiła mnie natychmiast.
– Wiedziałam, że będziesz mnie podrywał, bo po co byś mnie tu zapraszał, ale przyhamuj. Ja chcę z tobą tylko pogadać.
– To pogadajmy – odparłem odruchowo. Choć byłem zniesmaczony. Jednak dla niepoznaki, udałem że się zgadzam. Monika jakby na to czekała. Wydaje mi się nawet, że temat rozmowy miała przygotowany, bo upiła łyk herbaty, spoważniała i zaczęła wylewać żale o niedoli wokalistki. Początkowo słuchałem bez zainteresowania. Pomyślałem nawet, że jeśli chce, to niech sobie gada. I dopiero ostatnia kwestia mnie zaciekawiła. A powiedziała tak „Oni nie pozwalają mi wtrącać się do repertuaru i jeśli w ogóle coś dostanę, to każą mi śpiewać drugi głos, a partie solowe zostawiają dla siebie. Mam już tego dosyć!”
Potem mówiła coś jeszcze, ale nie słuchałem. Wreszcie skończyła.
– To czemu z nimi śpiewasz? – pytam.
– Zadajesz głupie pytanie. A co ty myślisz, że tak łatwo dostać się do dobrej kapeli?!
– Spokojnie. Wyżywać się na mnie nie musisz. Choć… Jeśli ma ci ulżyć, to przeżyję – ironizowałem.
Speszyła się i zamilkła.
– A nie chciałabyś założyć własnego zespołu? Mam pomysł.
– Jak to własnego? Z kim?
– No. Na przykład, ze mną.
– Myślałam, że mogę wyżalić się przed tobą, a ty sobie kpiny ze mnie urządzasz!
– Nie, nie! To nie tak – zaprotestowałem. – Źle mnie zrozumiałaś. Zacznę inaczej.
– Jestem muzykiem. Wprawdzie szkoły muzycznej drugiego stopnia nie skończyłem, ale…
– A ty myślisz – przerwała mi – że ci moi, to skończyli. Oni są samoukami i tylko Wojtek zdał jakieś egzaminy i ma kwity muzyka estradowego. Ja też szkół nie skończyłam. Śpiewałam w chórze i tam nauczyłam się wszystkiego – powiedziała dumnie. – A z tym graniem, to jak by miało być?
– Jak cię interesuje, to mogę powiedzieć.
– Oj! To mów.
– Ale ty jesteś niecierpliwa. No dobrze, już mówię – prędko dodałem, bo zmarszczyła brwi. – Gram na pianinie od wielu lat i też śpiewam.
– No dobrze, ale co z tym zespołem? – nalegała.
– Mam sprzęt i moglibyśmy zagrać.
– Sami? No co ty, a reszta zespołu?
– Spróbujmy wystąpić we dwoje, a reszta składu się znajdzie natychmiast.
– To czemu nie wystąpisz sam – burknęła. – Nie wierzę w to co mówisz i nie wiem co chcesz ugrać takim gadaniem.
– Ostra jesteś i jeśli nie chcesz, to nie – zrewanżowałem się.
– Oj, nie o to chodzi, przepraszam. Już się zamykam. Mów – nalegała.
Odetchnąłem głębiej, bo się wkurzyłem. Dla demonstracji zamknąłem się na dłuższą chwilę. Wprawdzie była ode mnie młodsza o kilka lat i takie młodzieńcze wybuchy można wybaczyć, ale perspektywa bliższej znajomości z kimś tak pobudliwym jak ona przeraziła mnie i choć byłem kawalerem, to z Moniką wiązać się nie chciałem. Jednak nie mogłem oderwać od niej oczu.
F.
Dworzec kolejowy, to miejsce niezbyt piękne. Dostrzegam, że ciągnięcie rozmowy tutaj, jest głupim pomysłem.
– Monika, dopiero przyjechałaś, a ja zawracam ci głowę. Pewnie jesteś głodna. Chodź – biorę ją pod rękę – niedaleko jest fajna knajpka. Usiądziemy, zjemy i pogadamy.
Nie opiera się, więc chwytam jej torbę i ruszamy w stronę miasta.
Do knajpki docieramy migiem. Siadamy przy stoliku.
– No właśnie – pytam niecierpliwie – miałaś plan i…
– I pół roku później, szlag trafił wszystko!
– Jak to? Przecież ze Sławkiem kochaliście się.
– Kochaliśmy się do czasu, aż poczuł się niezależny. Moja babka – pamiętasz – podarowała mi mieszkanie w Łodzi. Wprowadziliśmy się tam oboje i zameldowałam go, bo myślałam, że niedługo się pobierzemy. Pracę też dostał szybko, ponieważ załatwił to mój kuzyn. Był kierownikiem działu w zakładach włókienniczych. Sławek obiecywał, że odłoży trochę grosza i zrobimy wesele, więc pieniądze wpłacał na konto. Na jakie? Nie chciałam wiedzieć, bo śpiewałam i zarabiałam sporą kasę. Poza tym, wierzyłam mu. Jednak termin ślubu odkładał i odkładał. Kiedy powiedziałam mu, że jestem w ciąży, to tylko zrobił głupią minę. Wieczorem poszłam do pracy, grałam dancing, wróciłam więc grubo po północy, a jego już nie było. Nie wiem nawet, kiedy się spakował. Na stole leżał list. Otworzyłam. Napisał, że odchodzi i ślubu nie będzie, ale kiedy urodzi się dziecko, to będzie płacił alimenty. Pieprzony cham! Nawet nie napisał dokąd się wyprowadza. Ten gnój, nie zostawił mi ani złotówki za wspólne utrzymanie! Przez lata żył jak pan, dostawał wszystko, a zostawił mnie jak szmatę!

Urodziłam Patryka i Damiana. Nie wiem jakim cudem dowiedział się o tym. Przysłał mi wtedy pieniądze na chłopców i obiecał, że tak będzie co miesiąc. Czasami przyłaził z jakąś „larwą”– nie mogłam jej znieść – ale nie mogłam też odmówić mu odwiedzania dzieci.
– Wiesz co, myślałem, że go znam i, że będzie ci z nim dobrze.
– Hmm – wzdycha.
– Sądzę jednak, że wyjechaliście za szybko. Trzeba było wziąć ślub tutaj, a do Łodzi ruszyć później. Przecież grałaś ze mną i mogłaś grać dalej.
– Nie chrzań! – Wybucha. — Mówisz: „Mogłaś grać. Mogłaś poczekać”. A przecież nie mogłam i ty wiesz o tym najlepiej! – Roztrzęsiona przerywa, ale gdy się uspokaja, mówi dalej. – Dwa lata później, ten pajac Sławek zniknął bez śladu. Całe szczęście że nie przestał przysyłać pieniędzy. – Przerywa na chwilę. – Chłopcy podrastali. Poszli do szkoły. I wtedy poznałam Andrzeja – mówi to i na jej twarzy pojawia się uśmiech. – Był nauczycielem wychowania fizycznego. Zdawało mi się, że chłopców polubił. A ja poczułam się przy nim bezpieczna. – Uśmiech niespodziewanie znika – Wzięliśmy ślub – rzuca niedbale.
– To wreszcie zaczęło się układać – odpowiadam, udając, że nie rozumiem zmiany nastroju przed ostatnim zdaniem.
– Co ty możesz o tym wiedzieć – rzuca lekceważąco i zamyka się w sobie.
Fis.
Przed laty, tam w kawiarni, opowiedziałem
Monice jak miałoby wyglądać założenie zespołu. Nie protestowała, dlatego zdecydowałem się robić swoje.
Nie wiem dlaczego chęć zdobycia tej krnąbrnej i zuchwałej dziewczyny stał się dla mnie celem najważniejszym. Nie potrzebowałem jej, a jednak przyciągała mnie jak magnez.
Załatwiłem granie w Domu Kultury i zaproponowałem Monice wspólny występ. Zaśpiewaliśmy kilka kawałków. Była zadowolona, więc sprawy mogły się toczyć jak zaplanowałem. Dwóch brakujących instrumentalistów znalazłem w kilka dni. Zdobyłem też miejsce na stałe granie. To było proste. Problemem było wyrwanie Moniki z poprzedniej kapeli. W Nadmorskiej grała już trzeci rok i z zespołem była związana umową.
Na rozmowę poszliśmy oboje. Wojtek i Marcin, współgrajkowie Moniki, słyszeli, że wystąpiła ze mną w emdeku (przecież to mała mieścina). Wypomnieli jej to na wstępie rozmowy. Można powiedzieć, że o mało się nie wściekli! Broniła się.
– Odsunęliście mnie od partii solowych. A o ustawianiu repertuaru mogłam tylko marzyć! Macie mnie za nic! – krzyczała.
– A co ty myślisz, że zatrudniłem cię do kierowania – grzmiał Wojtek. – A w ogóle, to ja załatwiłem ci tą robotę. Teraz uciekasz i, co ty sobie myślisz?!
– Wyluzuj – wtrąciłem. Bo miałem już dość tej pyskówki. – Nie bij piany. Monika wybrała i z chamem grać nie będzie.
Rzucił się wtedy na mnie z pięściami, ale na drodze stanął Marcin i go powstrzymał. Nie bałem się Wojtka i nawet chciałem mu przyłożyć, jednak może i dobrze się stało, że do tego nie doszło, bo byłby niesmak. A tak, prędko znaleźli nową piosenkarkę i sprawa ucichła.

W Perłowej graliśmy z powodzeniem, bo przyjęli nas ciepło. Monika promieniała z zadowolenia. Częstym gościem u nas był Marcin, ten jej były współgrajek z Nadmorskiej. Najpierw mi to nie przeszkadzało, bo w końcu grali razem trochę czasu i ciągnęło ich do siebie, ale kiedy dostrzegłem, że podrywa moją wokalistkę, to się zjeżyłem. Zauważyła to i poczuła się ważna. Skończyliśmy granie i kiedy wszyscy rozeszli się do domów, przytuliłem ją i pocałowałem.
G.
W knajpce miło siedzieć, kończymy obiad, ale cisza, która zapada niespodziewanie, drażni mnie, więc aby zaspokoić dręczącą mnie ciekawość – No tak, wzięliście ślub, a przyjechałaś sama – mówię.
– Ale jesteś wścibski – burczy.
– Wybacz mi, nie chciałem. Przepraszam. Tak mi się wyrwało – tłumaczę niezręczność.
– Jestem sama i co? Nie cieszysz się?
Uśmiecham się pod nosem.
– Cieszę się.
Znów zapada niezręczna cisza, więc zastanawiam się. Co zrobić? Wiem, że nie wypada mi zapytać; Co ją sprowadza i po co przyjechała? A poza tym, domyślam się, że kiedyś przecież samo wyjdzie, więc odpuszczam.
– Nie pytam, gdzie zakotwiczysz – zaczynam nieśmiało – bo to twoja sprawa, ale, co powiesz jak zaproponuję ci hotel na dzisiaj?
Śmieje się głośno, co mnie peszy, jednak nie pokazuję tego po sobie.
– Jurek, fajny jesteś jak kiedyś, ale ja mam gdzie mieszkać – chwyta za rękę i przyciąga do siebie. Sekundę później całuje mnie w usta i czule obejmuje. – Przyjechałam do ciebie – kończy.
Jestem w szoku. Odsuwam się. Sytuacja staje się niebezpieczna, bo mnie tu przecież znają!
– Pewnie dalej jesteś mężem Elżbiety, bo…
Nie daje jej skończyć.
– Tak, dalej jestem mężem Elżbiety! I co w tym złego? Ale tu gadać nie chcę…
– Zgoda – przerywa mi. – Zamawiaj taksówkę i jedziemy do mnie.
Zrywam się, podaję jej płaszcz i pędem wsiadamy do mojego auta. Tak się składa, że samochód stoi właśnie tutaj, bo godzinę temu przyjechałem na dworzec po bilety.
– Dokąd jedziemy? – pytam podenerwowany.
– Spokojnie. Ale z ciebie cykor. Jedź na wydmę, 23/45.
– Może i jestem cykorem, ale nie chcę rozgłosu. Ludzie potrafią zrobić z igły widły.
Monika ma apartament na nowo wybudowanym osiedlu. Samochodem wjeżdżam do garażu pod blokiem, a na trzecie piętro docieramy windą. Sąsiadów nie spotykamy, jednak gdyby nawet tak się stało, to mnie nie znają, bo są spoza naszego miasta. Apartament jest okazały.
– Ładnie mieszkasz. Pachnie nowością.
– Praktycznie jestem tu pierwszy raz. No… drugi, bo miesiąc temu odbierałam klucze.
– To kiedy się wprowadzacie?
– O czym ty mówisz? – wybucha. – Nic nie rozumiesz!
– A cóż mam powiedzieć? Przecież masz dwóch synów, męża, teraz kupujesz mieszkanie, więc pewnie całą rodziną zamieszkacie tutaj.
– Czy muszę ci dwa razy powtarzać, że przyjechałam do ciebie?
Czuję się osaczony. Atmosfera gęstnieje, a ja nie wiem, co się dzieje.
– Monika, wytłumacz mi, o co tu chodzi, bo nic nie rozumiem.
– Cholerni faceci… Czego ty nie rozumiesz? Przyjechałam do ciebie i chcę być z tobą. Nikt z mojej rodzinki tu nie przyjedzie. To jest moje mieszkanie na które przez lata ciężko pracowałam – mówi rozdrażniona.
Ona chce być ze mną! I co teraz? – myślę.
– Przecież wiesz, że mam… rodzinę – cedzę półgłosem.
– Spokojnie. Kiedyś byłeś moim przyjacielem i razem dobrze nam było. Teraz jestem tutaj.
Stoję zdezorientowany.
– Do cholery, obejmij mnie, przytul. Potrzebuję tego jak nigdy wcześniej.
Obejmuję, więc piękną Monikę, przytulam i… całuję w usta. – Usta, które przed laty dały mi tyle rozkoszy.
– Słodka jesteś – mówię tonem zgoła innym niż przed chwilą.
– Serce bije ci mocniej, jak dawniej – szepce, tuląc się.
Niespodziewanie się odsuwa.
– Teraz już idź! – wykrzykuje.
Znów nie wiem, co mam robić. Myślami jestem jeszcze przy miłym pocałunku, a ona mnie wyrzuca…
– No, idź już do tej swojej żony! Czemu stoisz?!
– Monika, co w ciebie wstąpiło? Już idę…
– To idź!
– Zostawiam ci mój numer telefonu. Jak będziesz chciała, to dzwoń, a właściwie… Pisz esemesy.
Całuję ją w policzek, kładę wizytówkę na stoliku i wychodzę.

Ps.
Wszelkie podobieństwo postaci występujących w opowiadaniu do prawdziwych osób jest przypadkowe i niezamierzone. Zdarzenia i miejsce akcji są fikcyjne.

tęsknota za pianinem 30

Dalszy ciąg opowiadania „Pianino” i inne teksty znajdziesz w zbiorze moich opowiadań pod tytułem
“BABY ACH TE BABY” do kupienia w ksiągarni internetowej www.wyczerpane.pl
Zenon Miszewski

One thought on “Pianino

  1. Wspom­nienia kształtują życie. Niektóre wspom­nienia trze­ba szczególnie sta­ran­nie przyk­le­jać do ser­ca, żeby nie zer­wał ich po­wiew czasu… One bywa, że budzą się niespodziewanie. Gdy pachnie deszczem, gdy pokój wy­pełnia nasza ulu­biona piosen­ka, gdy śpiewa pod niebem ptak, gdy słyszymy naszą piosenkę taką sprzed lat…
    Często dobudowujemy do nich w myślach swój własny dalszy ciąg-co by było gdyby… ale czyż to nie jest piękne:) Pozdrawiam ze Słupska:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *