z Canona 056

Jest lipiec, więc na ulicy gwarno, ale tym razem przed bramą naszego pensjonatu zamieszanie. Wprawdzie wiedziałem, że grupa gości z tej samej miejscowości przyjedzie trzema samochodami, ale rwetes zrobił się potrójny. Otworzyłem bramę wjazdową i na moje: – Proszę ustawić auta równolegle do siebie. – Usłyszałem:
– My sami. Damy radę. Spokojnie, wszystko pod kontrolą.

Nie protestowałem i trzy nie małe samochody zgrabnie stanęły obok siebie.

– Jak tak ustawicie, to tym autem, będzie trudno wyjechać – wskazałem na samochód stojący najbliżej ściany, upchany jak sardynka.
Śmiech.

– Do wyjazdu, nikt nawet nie dotknie kierownicy.

I tak z przytupem dotarły do nas trzy małżeństwa z gromadką dziatwy. Lokowanie w pokojach, z mojej winy, nie było sprawne. Zaskoczyła mnie głośna gromada i pogubiłem się. Jednak pragmatyczna Pani Anna zdecydowanie zapanowała nad przyjaciółmi i sprawiła, że mimo mojego niezdecydowania, cała grupa tylko trzy razy przenosiła bagaże z pokoju do pokoju. Wreszcie się rozlokowali.

Panowie bez ceremonii usiedli na podcieniu przy stoliku i nalali do kieliszków cytrynówki, zaprosili panie i ostentacyjnie wznieśli toast za sprawny dojazd na wakacje. Mnie też zaprosili.

Nawet nie zdążyłem ochłonąć, a już rozliczyliśmy się za pobyt. Wyjaśniłem, co, gdzie i dlaczego, ale kiedy Pan Rafał usłyszał, że mogą korzystać z grilla, to rozgadali się i koniec moich wysiłków.
Miałem opowiedzieć, gdzie mogą dobrze zjeść, co zwiedzić, gdzie pojechać, jednak grupa nie słuchała, gdyż miała własne plany. ( Dowiedziałem się później, że wspólne biesiadowanie, plażowanie, odpoczynek, zdarza im się tylko raz w roku i jest to jedyna okazja na oderwanie się od pracy i obowiązków.)

Trzy Panie, to nauczycielki, cały rok dzieci, odpowiedzialność, więc rozumiem. ( Ich cytrynówka była delikatna ).

A trzej Panowie, to specjaliści od … krów. Zawody różne, ale podmiot ten sam.  Pan Jerzy, to weterynarz, pomaga młodym krówkom przychodzić na świat. Pan Arkadiusz jest hodowcą krów mlecznych.. Trzeci Pan, to masarz. Krowy też, ale raczej w formie steku… Telefony nawet u nas nie dawały im spokoju. Praca bez wytchnienia. Odpowiedzialność duża. Rozumiem Panów. ( Nie dziwota, że ich cytrynówka była o wiele mocniejsza)

Przez siedem dni pobytu w Ustce nie próżnowali, a pogoda dopisywała. Tylko przez dwa dni Neptun marszczył brew i bujał morzem. Wypłynęli wtedy na rejs statkiem – kołysało. Młodzież była szczęśliwa.

Grill nie stygł. Miło było patrzeć na nie nudzących się gości.

Pan Masarz, jego syn i ktoś jeszcze, nie pamiętam, popłynęli kutrem rybackim na połów dorszy na wędkę. Połów był udany. Młody chłopak zdobył nawet puchar, gdyż złapał najwięcej! Wypatroszonymi rybami zapełnili nam prawie całą zamrażarkę, bo trzeba było przechować do wyjazdu.

Siedem dni prędko minęło i czas było nam się żegnać z miłymi gośćmi. Rankiem, Panowie odwiedzili komisariat policji i poprosili o test alkomatem.

– Było zero – chwalił się Pan Jerzy.

Pogratulowałem odpowiedzialności.

Wyjechali tak prędko i sprawnie jak przyjechali. Łez nie było, ale miło będzie wspominać prężną, dobrze zorganizowaną, odpowiedzialną i miłą grupę z Łódzkiego. Sam nie wiem, czy mogę powiedzieć skąd byli mili Państwo. Ale o dobrych ludziach trzeba mówić, więc powiem. Prężna grupa z Chojewa wyjechała tak sprawnie jak przyjechała, jednak zostawiła po sobie sentyment i miłe wspomnienia.

One thought on “Sezonowy dreszczyk

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *